2008-08-07 Warszawa Stadion Gwardii

Trasa: Somewhere Back In Time Tour 2008

Autor: e(L)d

Podróż rozpoczęła się z małym zgrzytem, który okazał się jednak niepotrzebny. Dzięki PKP, a w zasadzie ich internetowemu rozkładowi jazdy. Myślałem, że trafi mnie szlag. Początkowo sprawdzając pociąg do Warszawy nie zauważyłem, że przy moim połączeniu jest dopisek, iż kursuje wyłącznie pomiędzy 5. a 15. czerwca. Jednak okazało się, iż PKP ma ciut koślawy system internetowy i pociąg jednak nie okazał sie widmem i razem z kumplem wyruszyliśmy w podróż do Warszawy z Dworca Głównego w Sosnowcu. Jakby co, wystarczyło dojechać do Częstochowy i wszystko byłoby już pochytane:)

Ludzie od kumpla wsiadali w Katowicach, jednak łobuzy nie pomyślały żeby zająć nam miejsca i musieliśmy się zatroszczyć o to sami. Na szczęście pociąg nie był jakoś szczególnie zaludniony i wkrótce udało nam się znaleźć miejscówki w pierwszym wagonie od lokomotywy. Miejsca zacne, w wagonie piętrowym na pięterku, wygodne 2 kanapy:) W Dąbrowie Górniczej dosiadł się jeszcze jeden znajomy kumpla ze swoją paczką. Dzięki Bogu, czy tam Opatrzności, nie siedzieli z nami - robili niezłe bydło. Wyrzucanie butelek i jakichś śmieci to jeszcze dla nich nic. Wstawieni otworzyli sobie w czasie jazdy drzwi pociągu, za co dostali burę od konduktorki. Czasami wstyd nosić koszulkę Maiden... W między czasie poznałem ludzi z paczki kumpla (jedna dziewczyna wyglądała jak żywcem wyciągnięta z jakiegoś clipu z lat osiemdziesiątych:)).

Po dotarciu na Dworzec Centralny w Warszawie odebrał nas z niego kolejny znajomy kumpla, Miki czy Niki, chyba Miki:) Kolo wygląda jak typowy hardrockowiec czy metal z lat osiemdziesiątych (białe adidaski, wąskie niebieskie dżinksy, katanka, skóra, typowa fryzurka). Na początku wydał mi się typowym warszawskim, cwaniakowatym bucem. Po rozmowie wydawał się normalnym ludkiem, jednak gdy szliśmy już na Gwardię rozkopał zbieraczowi puszki patrząc na niego z pogardą... Więc wróciliśmy do punktu wyjścia, niestety.

Przed dotarciem na Gwardię odwiedziliśmy Hard Rock Cafe, gdzie zrobiłem parę zdjęć pamiątek Maiden. Niestety tylko komórką. Odwiedziliśmy jeszcze 2 sklepy z kowbojkami, kumpel chciał kupić, ale albo nie było rozmiaru, albo ceny z kosmosu. Później Miki zaprowadził nas na stadion Syrenki. Na tym stadionie mieliśmy niecodzienny widok w postaci 2 kolesi opalających się nago... Niestety, dla nich oczywiście:), szybko znalazła się Straż Miejska i panowie skończyli świecić gołymi tyłkami:) Do nas się szczególnie nie doczepili o piwka, ale ostrzegli, iż mogą wrócić. Cwaniaczki:) Tak spędziliśmy leniwie kilka godzin racząc się piwkiem i szybkim posiłkiem z KFC. Koszulka robiła bardzo dobre wrażenie wśród towarzystwa:)

Koło 19-ej udaliśmy się na autobus nr 188, którym przebijając się przez warszawskie korki dotarliśmy na stadion Gwardii. Gdy dochodziliśmy do bramy kończył grać Hate Of Made, więc siłą rzeczy nie widzieliśmy z kumplem Lauren. Z relacji innych podobno nie straciliśmy zbyt wiele. Po przejściu bramy i poletka gastronomicznego, ujrzeliśmy stadion Gwardii. Zrobiliśmy z kumplem mały rekonesans po płycie, stwierdzając iż jest sporo wolnego miejsca, luzik. Wróciliśmy na poletko gastronomiczne w poszukiwaniu stoiska z pamiątkami. W porównaniu z innymi namiotami takie trochę skromniutkie było. Szybkie spojrzenie na oferowany asortyment i decyzja, iż za niespecjalne koszulki 120 zł to zdecydowanie za dużo. Poprosiłem o 2 tourbooki, na co młodzieniec popatrzył na mnie pytająco, więc grzecznie powtórzyłem: 2 tourbooki poproszę. Rozejrzał się po straganie (miałem już powiedzieć: Te 2 kolorowe książeczki po 50 zł), ale pokazałem grzecznie paluszkiem odpowiedni kierunek i staliśmy się posiadaczami tego zacnego wydawnictwa. Miła pamiątka, czemu na poprzednich trasach nie kupowałem :/

Na spokojnie wróciliśmy na płytę zajmując miejsca jakieś 10-15 metrów za konsoletą po lewej stronie sceny. Akurat przede mną byli wszyscy `z metra cięci`, więc widok na scenę był zacny. Nie czekaliśmy długo, rozbrzmiały pierwsze takty Transylvanii, a na telebimach pojawił się film (jak się później dowiedziałem z czegoś takiego jak IMTV, oczywiście dla oficjalnych fanklubowiczów... Ach ten YouTube:P) i rozpoczęło przemówienie Churchill`a, zakończone podnoszącym na duchu - And we never surrender!!. Gdy rozległy się pierwsze takty Aces High i na scenie pojawił się zespół rozpoczęło się szaleństwo. Ludzie wokół (chyba cały przekrój wiekowy, od jakiś małolatów, po przyprószonych siwizną statecznych panów:)) świetnie się bawili, skakali, klaskali, śpiewali. Osobiście darłem gumiaka na całego. Tylko na Rime Of The Ancient Mariner (kocham ten zespół za klimat i wykonanie tego kawałka) i Powerslave chłonąłem te monumentalne utwory stojąc grzecznie. Oczywiście na Fear Of The Dark przywaliliśmy z kumplem focha, odpuszczając całkowicie ten numer. Niestety wszyscy wokół bardzo się uradowali na ten kawałek, ich wybór. Na pozostałych utworach publika z tyłu włączała się tylko w najbardziej charakterystycznych momentach utworów.

Bruce coś tam gaił do publiczności, jak to on :P Najbardziej podobał mi się ten moment:

-It was in Long Beach, California, I think... 1984... Have you been there?!
-YEEEEEAAAAH!!! (W tym czasie do kumpla - "Tak kurwa, wszyscy":D)
-YOU LYING BASTARDS!

Oczywiście zaraz na początku koncertu ujawniła się typowa przypadłość polskich koncertów. Akustyka, a raczej jej brak. Najlepiej słyszalnym utworem dla mnie był Hallowed Be Thy Name. Wszystkie gadki Bruca było tak sobie słychać. O co Mu chodziło z tym jazzem? I kiełbachą z albatrosa?

Po informacji, iż jeden z Nas, Edii, ma wystąpić na Heaven Can Wait, niecierpliwie czekałem czy coś z tą koszulką się uda. Gdy nadszedł refren HCW spostrzegłem Naszego po prawej stronie sceny, obok Janicka. Bacznie się przyglądałem, ale chyba nie było niestety przekazania prezentu. Chociaż przy schodzeniu ze sceny po refrenie po stronie Janicka, gdzie stał Bruce, było jakies małe zamieszanie. Może wtedy się udało. Jak się póżniej okazało, niestety się nie udało. Trudno.

Akcja z informowaniem o śpiewaniu po The Trooper chyba się nie udała:) Ale z drugiej strony 3 razy odśpiewane Sto lat czy Happy Brithday na pewno musiało dotrzeć do naszego szanownego Solenizanta. Nie wiem czy po prawej stronie krążyła flaga, ale po lewej zrobiła 2 rundki, ku uciesze publiki. Miłym akcentem była polska flaga w rękach Bruce’a.

z tego co zauważyłem to z lewej strony z trybun (śmiem żartować...) były kręcone 2 bootlegi, z telebimów raczej, ale nie dam ręki sobie uciąć. Chyba nie byłby to najlepszym rozwiązaniem z powodu jakiś zakłóceń obrazu na nich, przynajmniej na lewym.

Po Hallowed z kumplem byliśmy pełni nadziei, że to jeszcze nie koniec, tym bardziej, że nie puścili Always... Jednak to niestety był koniec. Udaliśmy się w kierunku wyjścia, gdzie poprzez ławeczki na trybunach i "miły" deptak ograniczony Toi-toi’ami w towarzystwie kliku tysięcy fanów udaliśmy się do wyjścia krokiem pingwinim. Po kilkunastu minutach bliskości z fanami wyszliśmy ze stadionu, próbując się wszyscy odnaleźć. Trochę to trwało, jednak udało się. Po zbiórce udaliśmy się do pobliskiej Proximy w celu afterka. Zmęczony i niemający ochoty na piwko kupiłem sobie kilka pepsi. W międzyczasie przy barze spotkałem kumpla Balcerka, a po chwili również i jego samego. Zamieniliśmy parę zdań i udałem się do "swoich". Towarzystwo ogólnie mi niekoniecznie opowiadało, więc sobie odpocząłem trochę i w zamierzeniu udałem się z kumplem na autobus na Dworzec Centralny. Niestety po drodze kumpel się gdzieś stracił i na dworzec pojechałem sam, pewnie wrócił do swojego towarzystwa. Nie uśmiechało mi się czekać kilku kolejnych godzin na dworcu.

Na dworcu byłem jakieś 30 min przed odjazdem, wiec poszedłem zakupić coś do picia i jedzenia. Jak na dworzec w centrum stolicy europejskiego kraju to raczej słabo z zaopatrzeniem w prowiant o 2:30 w nocy. Po zakupach udałem się na peron, gdzie oczekiwała pociągu spora grupa fanów. Pociąg przyjechał punktualnie. Wszyscy zaczęli się tłoczyć do tylnych wagonów, ale moje bystre oko wypatrzyło, iż na początku składu nikt się nie dopycha do wejścia. Mały sprincik i już byłem we wagonie. Krótkie poszukiwanie wolnego miejsca i już siedziałem w przedziale z jakąś rodzinką z małą dziewczynką i 2 kolesiami. Nadszedł czas małego relaksu, który miał za jakieś 5 godzin zamienić w upragniony sen:)

* wszystkie zdjęcia prócz fotosu cykniętego publiczności na scenie w trakcie Heaven Can Wait są autorstwa Butchera