2008-08-08 Praga, Czechy Slavia Football Stadium

Trasa: Somewhere Back In Time Tour 2008

Autor: Garfield

Nasza praska przygoda z Maiden była drugim a dla Butchera czwartym etapem Somewhere Back In Time Tour 2008. Wojtek zaliczył wcześniej dwa koncerty w Paryżu. Wyjazd do Pragi stanowił dla nas pewne wyzwanie. 7 sierpnia Iron Maiden wystąpili na pastwisku Gwardii Warszawa a dzień później mieli wystąpić na supernowoczesnym Stadion Eden w Pradze. Postanowiliśmy zatem zaraz po warszawskim, urodzinowym koncercie(Bruce obchodził u nas swoje 50 lecie) pędzić do Częstochowy aby tam w moim mieszkaniu zdrzemnąć się choć 4 godziny, wyprostować kości, zaliczyć prysznic i rano zabrać się z resztą ekipy do Pragi.
Do Butchera, Caleba, Clansmana, Bartka i mnie dołączyła moja żona oraz Domino z Kaśką. Wystartowaliśmy o 9.00. Zaczęło się dość niefortunnie bo na małej stacyjce benzynowej pod częstochowskim Realem podczas tankowania zaczęło przeciekać paliwo z dystrybutora. Wyniknęło potem z tego trochę kłopotów, pism do właściciela stacji, który chciał bezczelnie Dominika obciążyć kosztami rozlanego paliwa ale to temat na inną historię.
Po wyjeździe z Częstochowy, siedząc w jednym aucie z żoną , Dominikiem i Kasią martwiłem się trochę o chłopaków jadących drugim autem. Butcher i Caleb mieli już za sobą jedną prawie nieprzespaną noc. Całe szczęście, że mogli zmieniać się za kółkiem. Nasza podróż minęła jednak bez nieprzyjemnych wrażeń pomimo perturbacji pogodowych(burza i ulewy w połowie drogi). Przejeżdżając przez Kłodzko obiecaliśmy sobie w drodze powrotnej zatrzymać się tam i pozwiedzać miejscową twierdzę oraz jej labirynty. Na granicy dowiedzieliśmy się o tragedii ludzi podróżujących do Pragi pociągiem. Na rozpędzony skład osobowy zawalił się remontowany most. Były ofiary w ludziach. Rozdzwoniły się nasze telefony. Zaczęli się do nas dobijać znajomi nie wiedzący, że w podróż wybraliśmy się samochodami.
Podziwiając piękno Sudetów przekroczyliśmy granicę kierując się czeską autostradą w stronę Pragi. Dojechawszy na miejsce odnaleźliśmy camping, który zarezerwował nam Caleb. Po zakwaterowaniu się w pokojach i domkach udaliśmy się w stronę Stadionu. Ponieważ moja żonka i Kasia nie są pasjonatkami muzyki Iron Maiden postanowiliśmy wysadzić je w centrum Pragi aby pozwiedzały sobie miasto po czym skierowaliśmy się w stronę Stadion Eden. Chłopcy dotarli tam odpowiednio wcześniej tak więc postanowiliśmy z Dominikiem nie rozglądać się nawet za nimi. Odnalezienie kumpli w kilkudziesięciotysięcznym tłumie to dość trudna sprawa zwłaszcza wtedy, kiedy w pobliżu sceny nie działają telefony komórkowe. Daliśmy sobie zatem święty spokój i po przejściu przez bramki, okazaniu biletów, zakupie butelek z napojami udaliśmy się na stanie u podia(sektor stojący pod sceną) zajmując bez wysiłku najdogodniejsze miejca. Jak zwykle zauroczyła mnie czeska kultura. Piękne zachowanie fanów w kolejce do wejścia, profesjonalna obsługa przy bramkach, miłe panie w bufecie. Wszystko na najwyższym poziomie. Kiedy przyglądałem się stadionowemu, nowoczesnemu wyposażeniu Edenu a poźniej przypomniałem sobie warszawskie klepisko na Gwardii otoczone ruiną zbutwiałych ławek ogarnął mnie wstyd. Nie trzeba się domyślać jaką bekę z naszej stolicy mieli członkowie ekipy Maiden i wszyscy przyjezdni z zagranicy. Jeśli doda się do tego chamstwo wielu polskich fanów bardzo widoczne podczas warszawskiej imprezy to nie trzeba się dziwić, że jesteśmy za granicą traktowani jak zaścianek Europy. Niestety kulturowo jesteśmy jeszcze w tyle za choćby Czechami. Jeśli porównać Pepików do naszych fanów zadowalających się wsiowymi standardami a chamskie zachowania traktujących jako zwyczajny element folkloru, to takie porównanie wypadnie na wielką niekorzyść dla Polaków.
Całe szczęście, że w związku z wczorajszym koncertem spora część polskich wioskowych pozostała w domu i stąd atmosfera praskiego koncertu była dużo lepsza niż na zeszłorocznym występie Maiden w Ostravie.
Nie usłyszeliśmy czeskiej Salamandry, bo przyszliśmy na stadion już po występie tego zespołu. Kiedy zajmowaliśmy miejsca na staniu u podia na scenie pojawiła się Lauren z zespołem grając podobną wiązkę kawałków jakimi przynudzała fanów rok temu. Tak jak w zeszłym roku największym jej atutem była prezencja. Wokalnie nie rozwinęła się wcale. Zwyczajna miernota na siłę promowana przez ukochanego tatę. Szczerze mówiąc wydaje mi się, że aplauz z jakim się spotkała był wielkim gestem grzeczności fanów skierowanym bardziej w stronę tatuńcia niż pod adresem córuńci. Nic nie sprawia większej radości dobrego ojca jak świadomość sukcesu ich dzieci. Myślę, że Stefek żyje trochę w ułudzie, bo gdyby nie zaślepienie ojcowską miłością z pewnością doradziłby Lauren zajęciem się jakąś uczciwą pracą. Zespół towarzyszący Harrisównie zagrał w tym samym składzie i zagrał również na podobnym poziomie. Na pochwały zasłużył jak zwykle Ritchie – gitarzysta Lauren, który stanowi największy atut tej kapeli. Troszkę się zmienił od zeszłego roku. Koleś dość mocno się odchudził. Zamienił też Gibsona Les Paula Custom na SG. Po zejściu Lauren ze sceny odetchnąłem z ulgą. Rozpoczęło się oczekiwanie na Iron Maiden.
Podczas gdy na scenie uwijali się technicy Żelaznej Dziewicy porozglądaliśmy się trochę z Dominikiem po trybunach, popstrykaliśmy trochę zdjęć a ja zamieniłem parę słów z jakimś Pepikiem.
Czas oczekiwania przeminął nieoczekiwanie szybko. Zabrzmiały pierwsze dźwięki Transylvanii, później Churchills Speech i zaczęło się. Oczywiście miałem ze sobą swój minidisc i mikrofon. Pogrążyłem się więc w spokojnej obserwacji sceny rejestrując całość występu Maidenów. Stanie u podia na czeskich imprezach stadionowych to chyba najwdzięczniejsze na całym świecie miejsce do nagrywania bootlegów. Nikt w najmniejszym stopniu nie niepokoił mnie podczas nagrywania tej imprezy. Ludzie bawili się z kulturą, nie przeszkadzając innym fanom. Kolejne utwory mijały a ja coraz bardziej podziwiałem Dickinsona, że po swojej nocnej, urodzinowej balandze śpiewał bardzo przyzwoicie i chyba nawet lepiej niż w Warszawie. Trzeba przyznać, ze na Somewhere Back In Time Tour 2008 Bruce bardzo się starał śpiewać na wyrównanym, dobrym poziomie i raczej nie przytrafiały mu się jakieś schrzanione koncerty. Nie słyszałem jeszcze bootlegu z tej trasy uwieczniającego jakiś sceniczny skandal. Pomijam drobiazgi…pomyłki tekstowe i jakieś maleńkie mankamenty. To jest granie na żywo i zawsze coś się może zdarzyć. Na tej trasie Bruce i reszta ekipy Maiden dawali naprawdę porządne koncerty. Przed Revelation Dickinson poprosił fanów o chwilę powagi i zadedykował ten utwór ofiarom kolejowej katastrofy.
Stojąc bliżej sceny miałem naprawdę komfortowe warunki. Akustycy naprawdę bardzo się postarali. Zauważyłem, że w fosie pod sceną ochroniarze rozdawali fanom wodę. Brawo dla tych panów. Full servis. Jestem pod wrażeniem.
Mam odczucie, że koncert w Pradze udał się Maidenom dużo lepiej(mniej pomyłek) a sam zespół lepiej się bawił. Zespół chyba w sposób szczególny upodobał sobie Pragę, ponieważ stała się ona dla niego bazą wypadową na koncerty w Europie Wschodniej. Maideni przyjechali do Warszawy właśnie z Pragi.
Po zakończeniu koncertu, który zarejestrowałem w całości udałem się w poszukiwaniu sklepików Maiden. Chciałem zakupić na pamiątkę tourbook z tej trasy. Nie miałem szczęścia w Warszawie a i tutaj mi nie dopisało. Tourbooki rozeszły się migiem. Trudno. Ktoś ma tourbook a ja mam satysfakcję z nagrania jednego z najlepszych bootlegów na tej trasie. Zapis koncertu okazał się wyśmienity. Mix wyraźny, poziom głośności zadowalający. Myślę, że mogę być dumny z tego nagrania.
Jak zwykle pisząc relację z koncertu skupiam się bardziej na wszystkim innym niż na poszczególnych utworach prezentowanych na scenie. Wszyscy fani znają na pamięć setlistę i wszystkie utwory Maiden a zatem nie ma najmniejszego sensu po raz kolejny pisać jak to zajebiście wykonano Rime Of The Ancient Mariner czy Moonchild. Wszystkich ciekawych zachęcam do zakręcenia się za moim nagraniem tego koncertu. Wolę skupić się wokół atmosfery okołokoncertowej, która jest również ważna i godna upamiętnienia.
Kiedy wszyscy dotarliśmy na camping siedliśmy nad czeskim piwkiem i racząc się nim na wolnym powietrzu wspominaliśmy wspólnie obydwie imprezy słuchając przy okazji wspomnień tych, którzy zaliczyli jeszcze dwukrotnie Paryż. Pękło sporo piwek i padło wiele słów. Długo by pisać.


* zdjęcia w galerii autorstwa Butchera