2008-07-01 Paryż, Francja Ominisport De Bercy Arena

Trasa: Somewhere Back In Time 08

Autor: Mirdaroh

Ekipa Bloodbrothers On The Road - Paris 2008. 1st and 2nd night.

Na lotnisku melduję się około 4:30 rano. Butchera spotykam około 5:00. Odlatują z nami jeszcze Hammers, Ironspartan wraz z żoną i Adam z rodziną. Przy okazji mały zgrzyt w postaci zostawionego na lotnisku bagażu bez opieki przez Adama i podróż zaczynamy z mandatem, ale walić to. Startujemy punktualnie o 6:15 do Paryża. Lot trwa około 2 godz. Z lotniska pakujemy się do autobusu, który zawozi nas do centrum Paryża. Czekamy około 1,5 godz. w kolejce po bilety na metro i jedziemy czym prędzej do naszej bazy wypadowej - hostelu BluePlanet. Tam zaistniał kolejny problem. Możemy wejść do pokojów dopiero o 15:30 a zamiast trzech pokoi 3-osobowych dostajemy dwa 5 i 4 osobowe. Dodatkowym minusem było to, że nasze pokoje znajdowały się na 5 piętrze i dostanie się tam po wycieczkach i koncertach było dość męczące. W pokoju szybki prysznic i wraz z Butcherem i Hammersem ruszamy pozwiedzać troszkę, aby wieczorem udać się na koncert charytatywny CliveAid, gdzie występowały 2 zespoły lokalne grające covery IM i sam Paul DiAnno. Za bilety płacimy po 20 euro i tu wielki niedosyt. Sala była strasznie mała. Szeroka na 4-5 osób i niestety nic nie było widać ani słychać. Tak słabej akustyki w życiu nie doświadczyłem. Wielka szkoda, że DiAnno nie chodził po lokalu więc z ogromnym niedosytem udajemy się do domu, kiedy jeszcze spotkanie fanów trwało. Aha. Ma miejscu można było sobie kupić rzadkie wydania IM, ale niestety ceny były około 2x wyższe niż na Ebay, więc także podziękowaliśmy. Ja osobiście tylko wpisałem się do księgi pamiątkowej dla Clive'a i napisałem tam parę ciepłych słów. W hostelu lądujemy o około 1.00 w nocy i od razu padamy.
W drugim dniu wyruszamy z tą samą ekipą na miasto i o około 16.00 lądujemy pod halą, która była oddalona od naszego hotelu o 1 przystanek metra (dzięki Ironspartan za tak super umiejscowioną miejscówkę). Pod halą było już dość sporo ludzi. Zakupuję sobie koszulkę specjalną a po koncercie z Butcherem kupujemy po tourbooku. Przed koncertem udajemy się pod wejście dla ludzi, którzy wygrali First To The Barrier, by zobaczyć co się tam dzieje. Widzimy tam małe zamieszanie, ponieważ ludzie, którzy wygrali a mieli bilet na miejsca siedzące nie zostali wpuszczeni, więc podbijamy do nich w celu wyproszenia opaski. Niestety żabojady okazali się totalnymi dupkami i nie chcieli robić z nami żadnych układów. Jedynie 3 kolesi chciało tak zrobić, ale zostali opieprzeni przez ochroniarza, więc ja z Butcherem udajemy się pod kolejkę, gdzie od razu wpychamy się i jesteśmy wpuszczeni jako jedni z pierwszych. Hammersowi udało się zdobyć opaskę i ląduje pod barierką. Hala była dość duża i ładnie utrzymana. Przepycham się i jestem pod barierką między Amerykanką a Finem. Butcher natomiast niedaleko mnie zajmuje miejsce w drugim rzędzie, które okazało się dla niego szczęśliwe, bo udało mu się złapać 2 kostki Dave'a i frotkę tej samej osoby :). Lauren wyszła na scenę około 19:30, zagrała 6 utworów i została miło przyjęta przez publiczność. Drugi support to porażka, dno i wielkie głano. Publiczność buczy, domaga się gwiazdy wieczoru. Pokazujemy nieszczęśnikom środkowy palec i zespół schodzi bardzo szybko ze sceny. Około 21:20 dzięki Doctor, Doctor wiemy, że zaraz zacznie się wielka uczta. Na telebimach pojawia się film o samolocie i zespole, w tle grają dźwięki Transylvanii. Zaraz po filmie odzywa się sam Churchill i zaraz po nim ogień ze sceny!! Aces High i szaleństwo totalne. Bruce wraz z zespołem w rewelacyjnej formie. Zaraz po pierwszym utworze kolejny - 2 Minutes to Midnight. Zaraz po tym utworze Bruce wita się z publicznością po francusku i leci już Revelations, a zaraz po nim The Trooper. Po tym utworze kolejna gadka Bruce'a, ale niestety nie wiem o czym, bo francuskiego nic a nic nie znam. Kolejnymi utworami są Wasted Years i The Number of the Beast. Wstęp nie poleciał z taśmy. Bruce sam recytował intro. Podczas tego utworu ogień ze sceny, fajerwerki i totalny czad. Przed Can I Play With Madness Bruce zaczyna liczyć do trzech a Adrian wcześniej wyskakuje z chórkiem. Totalny śmiech, ale Adrian niewzruszony szybko się poprawił. Następny w kolejce był Rime of the Ancient Mariner. Dla tego utworu warto wybrać się na koncert. Piękna scenografia a przy zwolnieniu lampy zostały opuszczone i zaczęły się delikatnie kołysać, co dawało widzowi wrażenie bycia na statku. Po tym pięknym utworze Powerslave z pełnym pokazem ogni, aż się gorąco zrobiło :). Podczas Heaven Can Wait wyskakuje paru szczęśliwców i występuje na scenie wraz z zespołem. Następnie został zagrany Run To The Hills, Fear of the Dark a na koniec Iron Maiden. Podczas tego utworu wychyliła się mumia Eddwarda pod koniec strzelając iskrami z oczu. Po niecałych dwóch minutach zaczęły się bisy i przedstawienie zespołu. Na bis zostają odegrane Moonchild, The Clairvoyant i … w tym momencie wyskakuje na scenę Eddie cyborg. Z Janickiem jak zwykle walczy, natomiast z Davem gra wspólnie na gitarze. Na koniec Hallowed be thy Name. Niestety nie pamiętam podczas którego utworku Janick o mało się skasował Adriana, wyskakując na niego w stylu kung-fu. Dla mnie osobiście był to najlepszy koncert w życiu. Może mam takie odczucia dlatego, że stałem przy barierce nieopodal Dave'a i Adriana? Nie wiem, ale na pewno nie zapomnę go do końca życia. Po koncercie udajemy się do drugiego wyjścia, gdzie czekamy na zespół wraz z nowo poznanym Polakiem, mieszkającym w Paryżu od 18 lat. Niestety wyszedł tylko Nicko, ale zaraz wsiadł do samochodu i odjechał. Udajemy się więc do sklepu, kupujemy zaopatrzenie w postaci piwek i spijamy wraz z naszą wspaniałą ekipą do około 3:30 na murku pod hostelem. Tak nam minął dzień drugi.
Trzeciego dnia zwiedzanie. Niestety za szybko opuściliśmy Łuk Triumfalny, ponieważ zaraz po nas pojawił się tam Janick i nie zrobiliśmy sobie zdjęcia :(. Pod halą podobnie jak dzień wcześniej. Wbijamy się jako jedni z pierwszych, jednak ja już zajmuje drugi rząd obok Butchera. Set lista ta sama ale dla mnie koncert zagrany jakby szybciej przez zespół. Nic szczególnego godnego odnotowania się nie wydarzyło. Wszystko było zrobione podobnie jak dzień wcześniej, z tą różnicą, że Steav’e bardzo często gościł koło nas.
Może załapiemy się na teledysk Lauren, bo kamerzysta często nas kręcił. Butcher znowu wyłapuje kostkę Dave'a i gitarzysty od Lauren.
Maiden bardzo szybko odjeżdżają z hali. Pewnie udali się do domu. Po koncercie kolejne piwa i żal, że wielkie wydarzenia w Paryżu już się skończyły. Czwartego dnia zwiedzamy Luwr, Plac Pigale'a i Wieże Eiffla o północy ponieważ był tam piękny pokaz świateł. Należy dodać, że teraz ta wieża świeci na niebiesko ze względu na to, iż Francja objęła przewodnictwo w UE. W piątek udajemy się na lotnisko a tu zonk. Samolot się zepsuł. Dla nas to jednak nic strasznego. Zaraz zaopatrujemy się w dwie flaszki. Pijemy na lotnisku w środku i nikt się nami nie przejmował. Wylot do kraju opóźnił się o 8 godz. i dopiero po północy lądujemy na polskiej ziemi.
Fotki wstawię, jak tylko dostanę płytkę od Hammersa. Jedna osoba obok nas nagrywała drugi koncert IM na kamerę. Niestety ochrona to dostrzegła i szanowny pan stracił kartę pamięci.
Podsumowując. Oba koncerty były bardzo, ale to bardzo udane i warte wydanych pieniędzy. Pełna scenografia jak i efekty pirotechniczne naprawdę robią ogromne wrażenie i tu szacunek dla zespołu technicznego. Teraz pozostaje mi czekać na koncert w Warszawie i Pradze. Do zobaczenia tam. UP THE IRONS.

*zdjęcia z galerii są autorstwa Butchera