2007-06-06 Ostrava, Czechy Stadion Bazaly

Trasa: A Matter Of The Beast Summer Tour 2007

Autor: wowarz

Doskonale pamiętam, jak na początku stycznia pojawiły się pierwsze informacje na temat letniej trasy Maiden, zawierające niepotwierdzone jeszcze daty koncertów. Pamiętam również, jak z lekkim biciem serca, przesuwałem pasek przeglądarki, śledząc nazwy miejscowości i państw, w których panowie postanowili zagrać dla swoich fanów. Jednak i tym razem musiałem pogodzić się, że Polski zabrakło. Choć szczerze mówiąc, dopóki występy nie były potwierdzone, miałem nadzieję, że jednak coś ulegnie zmianie i będę miał w końcu okazję zobaczyć faworyzowany zespół na żywo. Kiedy w połowie lutego dodatkowo pojawiła się informacja, że Mystic wznawia działalność koncertową, wyznaczając na datę 6 odsłony swojego festiwalu dzień 5 czerwca, znów odżyła nadzieja, że jednak dane będzie mi spełnić jedno ze swoich realnych marzeń. Kolejny tydzień rozwiał jednak wszelkie przypuszczenia - na stronie Mystic'a pojawiła się informacja, że gwiazdą festiwalu będzie w tym roku Slayer. Byłem naprawdę rozczarowany. W życiu nie przypuszczałbym jednak, że tak potoczy się dalsza kolej losów.
Kilka dni później, zupełnie przypadkiem, dowiedziałem się, że kilku moich znajomych również słucha IM i również wiązało plany z tegorocznym Mystic'iem. Opowiedziałem im o koncercie w czeskiej Ostravie, który kilkanaście dni wcześniej został oficjalnie potwierdzony. Żadne z nas nie było przekonane, czy rodzicie zgodzą się na ten pomysł, ale co nam szkodziło spróbować. Ponaginaliśmy troszkę fakty - koleżanka wymyśliła, że będzie to występ dla bardzo małej publiczności - 2-3 tys. ludzi, kumpel, iż wrócimy jeszcze tego samego dnia:) Oczywiście każde z nas powiedziało swoim rodzicom, że pozostali się już zgodzili.
Euforia trwała do czasu zakupu biletów(sektor pod sceną) i opłacenia przejazdu. Później emocje opadły, pozostawało czekać.
3 czerwca poznałem setlistę przewidzianą na letnią trasę, którą nazwano, ze względu na 25 lecie TNOTB A Matter Of Beast Summer Tour. Szczerze mówiąc spodziewałem się czegoś ciekawszego, a na pewno dłuższego. Ale przecież miał być to mój pierwszy koncert Maiden, więc narzekania odłożyłem na bok.
6 czerwca o 5.30 stawiliśmy się na Placu Zwycięstwa z Łodzi. Od Strefy Biletów otrzymaliśmy sympatycznych gadżet - coś w stylu identyfikatora w formie mini plakatu reklamującego koncert z informacją, skąd jesteśmy. Mała rzecz, a cieszy!
W autokarze czuliśmy się we trójkę trochę nieswojo - wyglądało na to, że prawie wszyscy się znali. No cóż... nie był to na pewno ich pierwszy taki wyjazd. Zadziwili mnie ilością alkoholu, jaką spożywali. Sądziłem, że jednak na koncert mimo wszystko idzie się żeby coś zapamiętać. Z resztą to nie moja sprawa...
W Ostravie byliśmy na 13. Jakieś 40 minut kierowca szukał parkingu, ale w końcu obyło się nawet bez taryfiarza, którego mieliśmy zamiar zaczepić.
Sam stadion nie robił jakieś większego wrażenia. Zwyczajny przeciętny obiekt. Wydaje mi się, że musi być zlokalizowany w jakiejś "podrzędnej" dzielnicy, bo jedyne, co udało nam się wokół odnaleźć to dwa bary piwne i sklep, w którym na wejściu śmierdziało nieprzeciętnie. Mimo najszczerszych chęci, w owych zatłoczonych barach, skorzystaliśmy tylko z ubikacji, gdyż kelnerki krzyczały tylko co chwila przepraszam po czesku:). Skończyło się na łódzkich bułkach i kabanosach.
Na ulicy, nasze identyfikatory wywierały spore wrażenie na często wstawionych fanach. Jeden chciał je nawet pomacać:).
Przy wejściu na nasz sektor, które wskazał nam ochroniarz, znaleźliśmy się o 16.40. Już tam było dość gęsto. Po licznych krzykach "Maiden! Maiden!", wydaje mi się, że koło godziny 17.20, otworzyli bramy. Jako że przybyliśmy dość późno, postanowiliśmy, aby zająć dobre miejsca, spróbować swoje szczęścia z boku. I udało się. No... częściowo. Z kumplem przepchnęliśmy się, a kumpela była przez cały czas za nami. Dopiero na stadionie zorientowaliśmy się, że dała się wypchnąć i jest dość daleko. Postanowiliśmy, że mimo wszystko nie będziemy na nią czekać, dzięki czemu staliśmy na wprost sceny, w odległości 10-15 metrów. Do dziś jesteśmy ignorowani przez naszą towarzyszkę:) Nigdy więcej na koncert z kobietą!
Całe szczęście, że przy wejściu popadało i troszkę się ochłodziło. Nie wiem, czy w przeciwnym wypadku dałbym radę wytrzymać do Maiden. Tylko do występu czeskiego zespołu Gates Crasher musieliśmy czekać ponad godzinę. Gdyby chociaż było warto... Wszystkie zagrane przez chłopaków utwory niczym nie różnił się od siebie, opierając się na krzyku, rytmicznym wprawdzie, oraz ciężko brzmiących gitarach.
Po krótkiej przerwie na scenie pojawiła się Lauren, która też nie zachwyciła. Najbardziej w pamięć zapadła mi istota siedząca za wyjątkowo skromną perkusją - nie mogłem zidentyfikować jej płci. Zabawny był również basista w swoich kudłach, stylizujący się na old school'owego hipisa:) Sprawę ratował gitarzysta, który w przeciwieństwie do reszty zespołu odznaczał się naturalności sceniczną. Co so samej Lauren to odznacza się ona głosem i urodą przeciętną oraz jest sztuczna w tym co robi. Po kolejnej, nieco dłuższej, przerwie, rozległy się pierwsze dźwięki Doctor, Doctor. Po reakcji publiczności widać było, że za chwilę zacznie się prawdziwa zabawa. Mroczne, trzymające w niepewności intro zakończyło się, opadła "kurtyna", na scenę wbiegł zespół i rozpoczął się 90 minutowy spektakl. Different World, jako opener, sprawdził się wyśmienicie. Szybki, melodyjny, chwytliwy refren śpiewali wszyscy, choć nie każdy mógł nadążyć(np. ja:P). Po chwili padło "We are Iron Maiden and These Colorous Don't Run". Tu już nikt nie mógł mieć problemów z refrenem, podobnie jak w kolejnym Brighter Than A Thousand Suns, ale poza tym utwory nie wniosły żadnej ekspresji. Nadal twierdzę, że AMOLAD nie nadaje się do grania na żywo, a do słuchania w domowym zaciszu. Kolejne Wratchild i The Trooper, mimo że grane już wiele razy, powaliły energią. Nie bylo chyba osoby, który nie skakałaby w rytmie Wratchild, ani nie śpiewała pierwszych czterech wersów The Trooper. Po 5 utworach nareszcie doczekałem się krótkiej przerwy, którą Bruce wypełnił zapowiedzią Children Of The Damned. Utwór wypadł znakomicie, a uwagę skupiał Adrian grający na podwójnym gryfie. Podczas zwrotek, podobnie z resztą, jak przy wszystkich spokojnych partiach niektórych utworów, wspinałem się na palce, aby przyjrzeć się muzykom. Miałem naprawdę bardzo dobre miejsce - wszystko widziałem doskonale. To było niesamowite, móc spoglądać na ich grę z tak bliskiej odległości. Żaden, choćby najlepszy bootleg, nigdy tego nie odda.
Następne dwa utwory - Reinkarnacja Beniamina i Dobro Boga, napisane według tego samego schematu - spokojny, miły dla ucha wstęp, ciężkie rozwinięcie, ponownie spokojne zakończenie, wypadły dobrze, szczególnie Reinkarnacja, podczas której znowu publika, nawet ta bardziej ospała, poderwała się do żywiołowej zabawy. Dobro Boga było sprawdzianem gardeł po 7 utworach, który fani zdali na 5.
Gdy tylko zabrzmiał wstęp do The Number Of The Beast publiczność zaczęła wydawać niesamowite dźwięki, które momentami dawały mocniej po uszach niż nagłośnienie. Nie bardzo wiem skąd bierze się uwielbienie dla tego utworu - ja za nim nie przepadam. Docenić trzeba atrakcje wizualną, jaką niewątpliwie był demon wyłaniający się z oparów. W tym miejscu należą się gratulacje osobom odpowiedzialnym za oprawę artystyczną koncertów IM - rewelacja, mili państwo. Po Numerze zagrali Fear Of The Dark - utwór, za którym również nie przepadam, choć kiedyś należał do grona kilku moich ulubionych. Jak widać klasyki nigdy się nie nudzą, bo także i tu publiczność była zachwycona, mogąc śpiewać razem z Bruce'm.
Przyszedł czas na Bieg Na Szczyt, który mnie porwał. Myślałem o nim, jak o kolejnym ogranym do bólu klasyku, ale zabrzmiał genialnie. Ach te partie perkusyjne...
Już po chwili Bruce zainicjował Iron Maiden okrzykami "Scream For Me". Nastąpiło apogeum muzycznej ekstazy, wywoływanej piekielnie kąśliwym riff'em utworu. Na scenie pojawił się również czołg, który zrobił jeszcze większe wrażenie od demona z Number'a. Patrzyłem jak urzeczony, jak powoli wyłaniał się Eddiie, lornetką "penetrując" tłum. Bruce wykrzyczał, że mają zamiar dorwać każdego z nas, pozornie pożegnał się życząc dobrej nocy, a muzycy wyrzucili w publikę wszystkie swoje gadżety. Uśmiechnięci, zadowolenie opuścili na chwilę scenę, aby po okrzykach "Maiden! Maiden!" spowrotem się pojawić.
2 Minutes To Midnight, czego nigdy bym się nie spodziewał, zrobiło na mnie duże wrażenie. Do tej pory nie przepadałem za tym utworem, ale na żywo "przyparł" mnie do muru.
Na kolejne "przyparcie' nie trzeba było długo czekać. The Evil That Men Do przeszedł najśmielsze oczekiwania. Szalała publiczność, muzycy, a w końcówce Eddie, który swoim karabinem próbował nastraszyć publiczność. Geniusz!
Na koniec pozostał sztandarowy Hallowed Be Thy Name, który wzbudził niepochamowane emocje. Z pewnościa przyczyniła się do tego świadomość, że to już ostatni utwór. Tu było najwidoczniej widać różnicę pomiędzy Bruce'm z lat 80, a dzisiejszym. "Running Low" wyciągnięte z najwyższym problemem, momentami podczas zwrotek wykrzykiwanie tekstu.
Zespół ponownie pożegnał się publiką, Nicko po raz kolejny poszalał po scenie, a tuż po chwili rozległy się dźwięki przesympatycznego outra. Chyba nawet nie żałowałem, że koncert trwał tylko 90 minut. Byłem jednocześnie maksymalnie zmęczony i usatyfakcjonowany. Samo wyjście ze stadionu trwało jakieś 20-30 minut. W autokarze mieliśmy tak dobry humor, że śmialiśmy się z byle czego, zupełnie jakbyśmy byli wstawienie. Kumpela wprawdzie nadal się nie odzywała, ale stwierdziliśmy, że ją jutro rano ładnie przeprosimy i będzie w porządku. Nie udało się:)
Podsumowując występ był bardzo dobry, zabawa przednia, zespół na wysokim poziomie, publiczność momentami ociężała, ale to tylko u nas w Polsce przyjęła się dziwna moda, że z koncertu trzeba wyjść maksymalnie poobijanym. Teraz jestem w 100% pewny, że nie opuszczę żadnego koncertu Maiden w rozsądnej odległości od Łodzi:)