2007-06-06 Ostrava, Czechy Stadion Bazaly

Trasa: A Matter Of The Beast Summer Tour 2007

Autor: Garfield

Zacznę może od tego, że troszkę się ostatnio w moim życiu pozmieniało. Przez długie lata przeciążony pracą nie miałem ani siły ani ochoty realizować swoich zachcianek, pielęgnować hobby, zajmować się czymś z sercem i na serio. Wiele spraw odłożyłem na kiedyś tam, zaniedbałem, zaniechałem. Z człowieka otwartego, towarzyskiego i bywającego stałem się domatorem przywiązanym do kanapy, stołka, biurka i komputera…..Za najwygodniejszy sposób komunikowania się z bliźnimi uznałem internet. Typowe dla 35 letniego faceta rozmieniającego się zawodowo na drobne. Mało czasu na aktywny odpoczynek a jeśli ten czas nawet się znajdował to brakuje chęci i sił by go aktywnie wykorzystać. Ale dość pierdzenia w fotelik i wyżalania się, bo wcale nie chcę się żalić. Chciałem tylko powiedzieć, że czasem kilka chwil, szybkich decyzji może takie nudne życie ładnie podkolorować, ożywić. W tym miejscu podziękuję chłopakom(Caleb, Butcher, EdHunter i Clansman), że namówili mnie na wyjazd do Ostrawy na koncert Iron Maiden. Udało Wam się domatora, który nie lubił masowo pocić się w tłumie, zaciągnąć na stadionową imprezę.
Skoro już postanowiłem ruszyć dupsko na koncert to stwierdziłem, że warto byłoby zarejestrować show Maidenów, mieć fajną pamiątkę i zarazem zrewanżować się zagranicznym fanom, za których sprawą można sobie po latach posłuchać naprawdę wielu koncertów zespołu. Doszedłem do wniosku, że czas abym dał coś od siebie i zakupiłem HI-MD Sony MZ-NH900 oraz mikrofon SONY ECM719. Sprzęt ten przetestowałem wcześniej nagrywając koncerty częstochowskiej grupy NEFRE oraz Budki Suflera. Za pomoc w wyborze sprzętu i sprowadzeniu go z zagranicy podziękowania należą się Dunkanowi i EdHunterowi.
Jeśli chodzi o samą wyprawę to postanowiliśmy jechać w kameralnym gronie. Z dala od hałaśliwych narwańców jadących zorganizowanymi grupami w autokarach. Tego typu wyprawy to loteria. Nie wiadomo, z kim się trafi jechać. Można trafić na denną ekipę, na jakichś kłopotliwych współtowarzyszy podróży a ja np. lubię bawić się w dobrym, zaufanym gronie. Stanęło na tym, że Caleb dał auto do przeglądu, porobiliśmy składanki muzyczne na drogę, by móc się odrobinę rozgrzać przed imprezą i oczekiwaliśmy z wytęsknieniem na 6 czerwca.
W dniu wyjazdu Caleb zawadził o Częstochowę i przy okazji zobaczył jak sobie mieszkam, potem zwinęliśmy Clansmana z Zawiercia i Butchera z dworca PKP w Katowicach. Tym samym ekipę mieliśmy w komplecie i mogliśmy kierować się do przejścia granicznego w Chałupkach, które przekroczyliśmy w bardzo miły i szybki sposób. Uśmiechnięty celnik puszczając nam oko powiedział, że cały stadion Banika jest już zapełniony i z pewnością się nie zmieścimy. ;)))
Zajechawszy pod stadion stwierdziliśmy, że są kłopoty z parkowaniem i trzeba było znaleźć jakieś miejsce bardziej oddalone od terenu imprezy. Pokluczyliśmy odrobinę po małych uliczkach i odkryliśmy jakiś zaciszny placyk, gdzie można było zostawić auto.
Zbliżając się do stadionu spotykaliśmy coraz więcej fanów zespołu. Po drodze wypiliśmy swoje piwka, bo na teren imprezy nie można było wnosić pojemników szklanych. Dochodząc do bram zastaliśmy mocno już podenerwowany tłum. Jeszcze nie wpuszczano. W międzyczasie nad stadionem przewinął się dość mocny deszcz i troszkę pogrzmiało. Strasznie mnie to poirytowało – mój pierwszy koncert Maiden i taka zasrana pogoda…. Miałem w oczach nieciekawe scenariusze wyobrażając sobie jak stanie u podia zapełnione ludźmi zalewają hektolitry wody i walą w nie pioruny........ Parę dni później, chyba na Heineken Jammin Festival w Wenecji, moje pesymistyczne wyobrażenia się ziściły. Podobno grzmotnęło pod sceną i ileś tam osób doznało porażenia piorunem. Było to dzień po koncercie Maiden, którzy występowali tam jako jedna z gwiazd festiwalu. Na szczęście dla nas pogoda nad Bazaly Stadion ustabilizowała się a ekipy porządkowe zaczęły wpuszczać ludzi do środka.
Przeciśnięcie się przez dwie bramki(na stadion i na płytę) zajęło trochę czasu i energii. Nie będę rozwijać tematu. Oczywistym jest, że po przejściu przez obie czułem się jakby mnie wyjęto z upakowanej do granic konserwy. Ścisk niemożliwy. Musiałem mieć bardzo nieszczęśliwą minę skoro ochroniarz zerknąl na mnie z litością i nawet nie zaglądał do podręcznej torby. Po przejściu przez drugą bramkę i wejściu na stanie u podia(płyta pod sceną) odebrałem porozdzielane(na wypadek konfiskaty) między chłopaków baterie i dyskietki do mojego HI-MD i zacząłem przebijać się w kierunku punktu dogodnego do nagrywania. Stanąłem sobie 20 metrów od sceny dokładnie w centrum. Rozpoczął się najgorszy okres całej wyprawy. Była 17sta z groszami. Płyta już się prawie zapełniła. Przysposobiłem sprzęt i czekałem z wszystkimi. Czekałem, czekałem, czekałem... Biedne moje nogi i kręgosłup! Ileż można czekać?! W międzyczasie pogadałem z Ruskimi, którzy stali koło mnie. Mili goście. Przylecieli z daleka.
Parę minut po 19.00 weszli na scenę pepiki z Gate Crasher. Wleźli dupki za wcześnie, bo nie zdążyłem odpalić minidysku. Stąd nagranie ich koncertu jest lekko ucięte na początku. Co mi się rzuciło w uszy w czasie ich występu? Grali stanowczo za głośno. Głośniej od Maidenów. Rozbolały mnie od tego uszy. Sama muzyka nienajgorsza, ale przenikliwy głos gitar podpiętych do Mesa Boogie Dual Rectifierów ranił mój słuch. ZA GŁOŚNO. Przesadzili.
Po ich zejściu ze sceny nastąpiła kilkunastominutowa przerwa na przysposobienie sceny dla ekipy Lauren Harris. W tym momencie zaczął padać deszcz i musiałem ukryć mikrofon. Jak tu nagrywać? Na szczęście wypogodziło się, Lauren Harris z zespołem rozpoczęła swoje granie a ja mogłem uruchomić minidysk. Lauren Harris słyszałem już na kilku bootlegach nagranych przy okazji koncertów Iron Maiden. Uważam tą panienkę za beztalencie na siłę promowane przez swojego sławnego tatuśka. W sumie nie ma co się dziwić. Pewnie sam bym tak pomagał swojemu potomkowi gdybym miał tak wielkie możliwości. Mniejsza o to. Laurentynka dostała zadyszki już po pierwszym kawałku. Dziewczę posiada prosty głosik jak jakaś amatorska wokalistka z liceum. Totalna lipa. Jedynym jej atutem jest prezencja. Harrisówna wdzięczyła się na scenie przez około 30 min. Na koniec z gracją wypieła swój zadek w stronę publiczności(za co otrzymała rzęsiste oklaski) i zeszła ze sceny. Jedyne co zapamiętałem po tym koncercie to występ bardzo fajnego gitarzysty, który zachowaniem na scenie i techniką gry przypominał mi odrobinę Zakka Wylde z najlepszych jego czasów. Basista przeciętny za to z fryzurą jak wczesny Janek Bon Jovi i uśmiechem z reklamy Colgate Total czarował panienki pod sceną swoim wyglądem. Perkusista? Bardzo trudno jest mi orzec czy to wół czy nosorożec. Podobnie jak moi kumple miałem wątpliwości co do płci tej postaci. Wyglądał jak stara baba farbowana na jasny blond. Zupełnie jakby zatrudnili do tego zespołu 20 lat starszą Halinkę Kiepską. Stukał nieźle, ale lepszych perkusistów się już słuchało.
Po występie Lauren pozostało już tylko oczekiwać na wejście Iron Maiden na scenę.
Oczekując na Maiden z niepokojem zastanawiałem się, w jakim trybie nagrać ich koncert. Spodziewałem się ponad 90 min muzyki. Płytka 1GB nagrywana w trybie PCM, czyli tym gwarantującym najlepszą jakość nagrania pozwala na zapis ok. 96 minut muzyki. Łamanie głowy czy wystarczy to na zapisanie całego ich koncertu zajęło mi dobrych kilka minut. W końcu stwierdziłem, że zaryzykuję i nagram na niej ile się da w PCMie (powinno wystarczyć do przerwy przed bisami) a potem szybko przełożę następną i dogram resztę. Na wszelki wypadek postanowiłem załączyć nagrywanie dopiero z końcem „Doctor Doctor”, żeby zaoszczędzić te kilka minut.
Kiedy przebrzmiały ostatnie dźwięki „Doktorka" odpaliłem Rec i stercząc nieruchomo obserwowałem co dzieje się na scenie i pod sceną. Stojąc na chyba 20 metrze przy moim wzroście miałem doskonały przegląd sytuacji. Mniemam, iż fani stojący blisko sceny słyszeli wszystko dużo gorzej. Setlista nie mogła niczym zaskoczyć, bo jak wszyscy siedzący w temacie wiedzą, Iron Maiden ostatnimi laty lubi serwować swojej publiczności do bólu powtarzalne koncerty. Ja z niecierpliwością oczekiwałem Children Of The Damned i bisów gdzie spodziewałem się usłyszeć ulubione 2 Minutes To Midnight, The Evil That Men Do i Hallowed Be Ty Name. Powiem szczerze, że miło zaskoczył mnie ostatnio bardzo zawodzący Bruce Dickinson. Przez prawie cały koncert trzymał się dzielnie a głos wysiadł mu dopiero pod koniec koncertu, gdzieś tam w okolicach The Evil That Men Do i Hallowed Be Ty Name. Szkoda, że najlepsze utwory idą zawsze na koniec koncertu, kiedy wokaliście nie starcza już sił. Zachwycająco wypadli Adrian i Nicko, którzy perfekcyjnie wykonywali swoje partie. Do Steve Harrisa standardowo nie ma się o co przyczepić. Porządne rzemiosło. Bardzo rozczarowali mnie Dave i Janick, którzy na ostatniej trasie nie mogą trafić z formą i zagrać interesujących solówek. Wciąż te same, do bólu ogrywane patenty. Ileż można panowie?? Bruce Dickinson nie rozgadywał się specjalnie między kawałkami. Czasem troszkę pożartował, ale tylko odrobinę. Wyczułem, że muzycy się śpieszą. Przyczyna? Urodziny Nicko McBraina. Zapewne zamarzały już szampany a zespół nie mógł się doczekać pokoncertowej balangi. Przed bisami Bruce zaintonował Happy Birthday, co ochoczo podchwycili fani niewątpliwie sprawiając przyjemność jubilatowi. Sumując. Koncert w Ostrawie można zaliczyć do udanych, choć nie wybitnych występów Iron Maiden. Niestety nie wszyscy członkowie zespołu zachwycili swoją grą.
Teraz parę słów o tym co działo sie pod sceną. Bardzo polubiłem czeską publiczność. Aż dziw bierze, kiedy czyta się na polskich forach brednie różnych idiotów, którzy po powrocie z koncertu rozpuścili pyski na czeską organizację i czeską publiczność, która podobno jest chamska i nie umie się bawić. Czyżby nasi durnie już zapomnieli ile kosztowało 0.5l wody mineralnej na Mystic 2005? Jeśli chodzi o czeską publiczność to ja byłem zachwycony. Pełna kultura, życzliwe uśmiechy. Jeśli ktoś przypadkiem mnie potrącił, to natychmiast widziałem życzliwy uśmiech i słyszałem zwyczajowe „sorry”. Swoją drogą nie dziwię się, jeśli jakiemuś Pepikowi puściły pod sceną nerwy, kiedy nasze barachło zaczęło się tam rozpychać łokciami. Zauważyłem, że nasi fani gdzie by się nie pojawili, to mają w zwyczaju po chamsku zamanifestować swoją obecność, narzucić swój sposób zabawy i pokazać, że impreza jest przede wszystkim dla nich. Nie chcę generalizować, ale jeśli spotkałem kogoś pijanego na Bazaly Stadion to był to Polak. Jeśli ktoś chcąc lepiej widzieć lub przejść bliżej sceny przełaził mi przez plecy, to był to Polak. itd itd. Chyba wiem dlaczego za granicą tak bardzo nami pogardzają. Cieszę się, że pojechałem na ten koncert w kameralnym gronie i z dala od tej szowinistycznej, rozwydrzonej hołoty. Wystarczy poczytać trochę fanowskie fora by wiedzieć, z kim lepiej nie umawiać się na wspólny wyjazd. Miło było po koncercie spotkać Marcina - EdHuntera i na gorąco wymienić się wrażeniami. Z Butcherem, Calebem i Clansmanem gadaliśmy na temat występu Maidenów przez całą drogę do domu, słuchając wyrywkowo mojego zapisu z MD. Podróż do domu przebiegła szybko i bez kłopotów.
I tu w zasadzie kończy się moja relacja.
Chciałbym w tym miejscu pozdrowić wszystkich polskich fanów Iron Maiden, którzy nie robią nam obciachu za granicą. To dla nich jest to nagranie.