1986-09-21 Poznań Hala Arena

Trasa: Somewhere On Tour 1986/87

Autor: edii71

Iron Maiden, Poznań Arena 21 września 1986r.

Jest niedziela, 21.09.1986r. Piękny słoneczny, choć dość zimny, wrześniowy dzień. Od rana nie mogę doczekać się wyjazdu do Poznania na mój pierwszy w życiu koncert Iron Maiden, który to zapamiętam do końca życia. Godzina 16.15 - pociąg ruszył ze stacji Oborniki w stronę Poznani. W pociągu odnoszę wrażenie, że jadą nim sami fani heavy metalu. W Poznaniu jestem kilka minut po 17-tej, jeszcze tylko krótka przechadzka i jestem pod Areną. Później jakieś piętnaście minut oczekiwania i jestem w środku. Po wejściu to co rzuca się w oczy to scena, która jest jeszcze zasłonięta czarną kurtyną. Po chwili podchodzi do mnie jakiś długowłosy jegomość i szarpiąc mnie za ramiona woła - KOCHAM IRON MAIDEN. ROZUMIESZ MNIE ?? Ja wielkie oczy wywaliłem i mówię - Dlaczego mam Cię nie rozumieć? Rozumiem doskonale! A on do mnie - Bo jestem z Czech nie z Polski! Po jakimś czasie spotykam kumpli i kuzyna, (który dzisiaj słysząc, że jadę na koncert Maiden patrzy na mnie jakbym był z innej planety). Rozmową i słuchaniem muzyki, zabijamy jakoś czas oczekiwania na gwiazdę wieczoru. Tuż obok widzę ludzi z tekturowymi gitarami. Wreszcie dokładnie o godzinie 20.00 gasną światła, w końcu opada czarna kurtyna, która zasłaniała scenę i oczom ukazały się migające neony miasta, jakby z przyszłości, a z głośników sączył się główny motyw z filmu Blade Runner i po chwili zaczynają. Na pierwszy ogień poszedł Caught Somewhere In Time! Niestety piekielny ścisk, który jest pod sceną zmusza mnie do wycofania się trochę do tyłu. Następny utwór bez chwili wytchnienia - 2 Minutes To Midnight, sztandarowy numer jak się okazało po kilkunastu latach grany podczas każdej trasy koncertowej po dzień dzisiejszy. Następny numer - Sea Of Madness - utwór, który utkwił mi w pamięci najbardziej ze względu na solo, które jest w połowie utworu. Zresztą dzisiaj słuchając tego już z płyty cały czas mam ciarki na plecach. Children Of The Damned - utwór podczas, którego pojawił się las zapalonych zapalniczek w rękach fanów ( coś niesamowitego, czego próżno szukać podczas dzisiejszych koncertów, dzisiaj jest las, ale tylko telefonów komórkowych). Szaleństwo podczas koncertu jest niesamowite. Nie wiem czy w dzisiejszych czasach tak dzicy są fani, jak byli w tamtych latach. Stranger In A Strange Land - super solo zagrane przez Adriana Smitha. W końcu chwila przerwy, Bruce siada na odsłuchu i wspomina poprzednią trasę i zaczyna się Rime Of Ancient Mariner. Ludzie szaleją, kilka osób się przewraca, ale w kilka chwil inni pomagają przewróconym się podnieść. Kolejny utwór nie zrobił na mnie wrażenia, a mianowicie Where Eagles Dare - numer, który według mnie nie powinien znaleźć się na żadnej płycie, a przynajmniej nie powinien być grany na żywo. Następnie Heaven Can Wait. Cóż. Dzisiaj już klasyk a w 86, było to coś nowego a szczególnie wyjście na scenę ekipy technicznej i zaśpiewanie słynnego już ooo oooooo. Oczywiście rozmarzyłem się, żeby kiedyś też wystąpić ze swoimi idolami na scenie podczas tego kawałka(co po latach ziściło się w 2008 roku na stadionie warszawskiej Gwardii). Nie trzeba przedstawiać Hallowed Be Thy Name. Moim zdaniem doskonale numer ten pasuje żeby go zagrać podczas pogrzebu. To jedno z najlepszych ironowych nagrań, tego numeru nigdy nie ma się dosyć a w koncertowym wydaniu świetny, bardzo dobry kontakt Bruce’a z publicznością to coś niesamowitego. Koncert niestety ma to do siebie, że kiedyś musi się skończyć. Następnym numerem jest już Iron Maiden podczas, którego zbierałem szczenę z parkietu Poznańskiej Areny, a mianowicie z powodu Eddiego, który to przybrał niesamowite kształty - ogromny łeb pojawił się po podniesieniu podestu spod perkusji oraz dwie potężne łapy, które pojawiły się z przodu sceny. Wydawało się jakby całą scenę Eddy trzymał w swoich wielkich łapach. No i koniec koncertu. Iron Maiden, żegna się z publiką i schodzi ze sceny. Po kilku minutach pojawiają się jednak na bisy i kolejno idzie na pierwszy ogień The Number Of The Beast następnie Run To The Hills i na koniec Running Free, podczas którego stoję już na schodach jednego z sektorów i czuję niesamowitą moc watów na sobie, które dosłownie mnie zmasakrowały. Niestety pierwszy koncert jaki widziałem w życiu przeszedł do historii. Zrobił on na mnie ogromne wrażenie, którego wspomnienie będzie mi towarzyszyć do końca moich dni. Wszystkie koncerty na których w życiu byłem to spore przeżycie, ale ten pierwszy raz jest zawsze najlepszy. Chciałbym na koniec wrócić do kwestii fanów w tamtym czasie. Jeżeli chodzi o żywiołowość ich reakcji podczas koncertów, to w ogóle nie ma porównania z czasami obecnymi. Cały koncert na płycie Areny ludzie szaleli. Udawali, że sami grają, totalne szaleństwo. Większość fanów miało długie włosy, skórzane kurtki, ciężkie buty typu glany, lub buty wojskowe, które nie należały do rzadkości. Porównać tamte czasy z obecnymi z mojej perspektywy nie jest zbyt łatwo, ale koncert jaki wtedy widziałem był zajebisty.