2011-06-10 Warszawa Airport Bemowo

Trasa: The Final Frontier World Tour 2011

Autor: Garfield

Koncert Iron Maiden na warszawskim lotnisku Bemowo w ramach tegorocznej edycji Sonisphere Festival był ich 20tym, jubileuszowym występem w Polsce. Jak do tej pory zespół odwiedził nasz kraj podczas 10 tras koncertowych. Dwukrotnie w czasach PRLu, kiedy to Ironi w ramach World Slavery Tour 1984/85 zagrali u nas aż 5 koncertów, oraz na trasie Somewhere On Tour 1986/87, kiedy to zagrali największą trasę po Polsce. Nasi fani mogli wówczas oglądać zespół aż sześciokrotnie. Później nastąpiła długa przerwa, po której od 1995 roku zespół wpadał do nas już tylko na pojedyncze występy w ramach poszczególnych tras. Po historycznym reunion klasycznego składu rozszerzonego o trzeciego gitarzystę Maiden przyjechali do Polski zagrać dwa wyjątkowe koncerty w ramach Brave New World Tour 2000. Później znów zaczęli się u nas pojawiać epizodycznie. Tegoroczny koncert Maiden jest ich 6 występem w Warszawie. Wstępne szacunki mówią, że lotnisko na Bemowie podczas Sonisphere 2011 odwiedziło 40 tysięcy fanów z kraju i zagranicy. Tyle tytułem statystyk.

Stolica przywitała artystów brzydką pogodą a fanów ciężkiego rocka dojeżdżających z całego kraju olbrzymimi korkami, które powodowały, że dostanie się w rejon imprezy było mocno utrudnione. Olbrzymi teren lotniska gwarantował przyjęcie nawet 100 tys. chętnych muzycznych wrażeń fanów. Po przedostaniu się przez wszystkie punkty ochrony na swój sektor pod sceną zorientowałem się, że trwa właśnie występ Motorhead. Dźwięki płynące ze sceny nie urzekały pięknem. To akustycy zarzynali właśnie występ Motorów. Pomyślałem, że warto wetknąć sobie w uszy jakieś zatyczki, aby nadmiar wysokich, skrzeczących tonów nie wykończył mi cennego słuchu. Z ulgą namacałem w kieszeni swoje douszne słuchawki od odtwarzacza mp3. Wytłumiły nadmiar hałasu i poczułem się w miarę komfortowo. Kiedy Motorhead zakończyli swój występ, na którym nie skupiłem swojej uwagi szukając w tłumie znajomych z Polskiego Fan Clubu Iron Maiden „Blood Brothers”, na scenie Antyradia rozpoczął swój występ Hunter. Ponieważ widziałem ten zespół niedawno podczas koncertu w moim mieście, postanowiłem pozostać pod dużą sceną i zająć dogodne miejsce w oczekiwaniu na gwiazdę wieczoru.

Wreszcie wybrzmiały dźwięki utworu Doctor, Doctor zespołu UFO, który jest zawsze puszczany przez ekipę Maiden bezpośrednio przed początkiem show. Publiczność oszalała. Wrzaski fanów momentami zagłuszyły muzykę z głośników. Zaczęło się. Wpierw popłynęły z taśmy dźwięki Intro. Satelite 15. Następnie Iron Maiden z impetem rozpoczęli swój koncert. Na pierwszy rzut poszły dwa numery z nowego albumu The Final Frontier – tytułowy i El Dorado. Co ciekawe – kompozycje z ostatniego albumu, który przez wielu fanów był krytykowany, na żywo wypadały fantastycznie. Zespół zaproponował stały zestaw utworów przewidzianych na tegoroczną trasę, który słyszałem już tydzień temu na koncercie w Berlinie. Z nowego albumu prócz wspomnianych kawałków usłyszeliśmy jeszcze The Talisman, Coming Home oraz rozbudowany When the Wild Wind Blows, na koncertach dedykowany Japończykom, opowiadający o mieście po katastrofalnym trzęsieniu ziemi. Utwór ten brzmi w sposób szczególny, jeśli przypomnieć sobie tegoroczną katastrofę w Japonii, gdzie wielu ludzi straciło życie, zdrowie i swoje majątki. Zespół Iron Maiden w ostatniej chwili zawrócił swój samolot z kursu na japońską część trasy, kiedy pojawiły się komunikaty o tych tragicznych wstrząsach i tsunami. Ponieważ utwór został skomponowany, nagrany i wydany przed wydarzeniami z Japonii, wszystko nabiera jakiegoś profetycznego wymiaru. Kiedy słucham tej kompozycji, zwyczajnie czuję się nieswojo.

Wracając do koncertu. Utwory z nowej płyty zostały poprzetykane takimi niezawodnymi hitami jak 2 Minutes to Midnight, The Trooper, The Evil That Men Do czy Fear of the Dark. W zestawie usłyszeliśmy również młodsze kompozycje. Iron Maiden zagrali 3 utwory napisane po reunion. Były to Dance Of Death, The Wicker Man oraz Blood Brothers. Przed ostatnim z nich Bruce Dickinson przypominał fanom Iron Maiden, że niezależnie od wieku, religii, koloru skóry itd. stanowią jedną, wielką rodzinę. W setliście nie zabrakło oczywiście utworu pt. Iron Maiden, bez którego nie odbyłby się żaden koncert gwiazdy wieczoru. Na koniec poleciały standardowe bisy na tą trasę, czyli - The Number of the Beast, Hallowed Be Thy Name i Running Free, podczas którego frontman przedstawił pozostałych muzyków, sporo przy tym dowcipkując. Nie zabrakło podczas koncertu stałych elementów czyli przebieranek za chorążego kawalerii brytyjskiej i wymachiwania flagą, oczywiście pojawił się na scenie Eddie/Obcy, który pokręcił się trochę między muzykami. W finałowym momencie piosenki Iron Maiden, spoza sceny wynurzyły się ogromne zielone łapy a po chwili również wielki łeb Eddiego z czerwonymi świecącymi oczami, który zaczął się rozglądać po widowni jakby zdziwiony, że jest nas tak dużo. :)

Sumując. Doskonałe show. Za scenografię i oświetlenie piątka z wyróżnieniem. Za nagłośnienie 4ka. Niestety akustycy przesadzili z wysokimi tonami w miksie, co mocno męczyło uszy, aczkolwiek można było sobie poradzić, wtykając w małżowiny uszne jakieś stopery czy słuchawki. Wtedy odbiór dźwięku mógł być naprawdę komfortowy.

Zespół zagrał dobry show. Muszę przyznać, że Iron Maiden w Polsce postarali się. Porównując wystep warszawski z występem berlińskim muszę przyznać, że u nas widać było większe zaangażowanie muzyków. Nawet spokojny, jakby bardziej łagodny i rozleniwiony w ostatnich latach Dave Murray sieknął wyjątkowo drapieżną solówkę podczas The Number Of The Beast. Myślę, że dla polskich fanów nie można było zagrać inaczej jeśli porównać ich zachowanie z tym co działo się w Berlinie tydzień wcześniej. Niemcy zachowywali się bardzo dziwnie. Stojąc w tłumie widziałem cały czas Helmutów zasuwających pod scenę i z powrotem z tackami z piwem, którym później, nie dopiwszy go, obrzucali się wzajemnie. Taki jakiś żałosny, NRDowski obyczaj.... Nie brakowało nikotynowych narkomanów, którzy zakopcili halę tak, że właściwie można by przechrzcić jej nazwę z O2 Arena na CO2 Arena. Na tle wydarzeń z Berlina, polska publiczność prezentowała się wspaniale, żywiołowo reagując na wszystkie zaproszenia do wspólnej zabawy, płynące często ze sceny.

Mam nadzieję, że Iron Maiden pograją jeszcze kilka lat. Są jak dobra stara maszyna, dobrze naoliwiona i zadbana, w stałej gotowości do pracy. Powinni grać jak najdłużej, bo widać, że cieszą się tym co robią i dawać radość swoim wiernym fanom, których w Polsce im nie brakuje. Pozdrowienia dla ekipy Polskiego Fanclubu Iron Maiden – Blood Brothers. Do zobaczenia na następnych koncertach.

PS. Żeby nie było sielankowo i idealnie jak z obrazka, muszę dodać do tej relacji odrobinę szyderstwa pod adresem organizatora, bo ch... mnie strzela jak piszę ochy achy o feście, którego organizatorzy mają fanów totalnie w dupie i nawet nie chciało im się zadbać porządnie o sanitariaty dla nich. Po wyjściu z brudnego sracza nie było gdzie nawet rąk wymyć a toytoyów było za mało(kilometrowe kolejki, jak ktoś miał srakę od festiwalowego żarcia, to miał problem). Syf, kiła, Escherichia Coli i średniowiecze....