2011-02-11 Moskwa, Rosja Olympiski

Trasa: The Final Frontier Tour 2011

Autor: EdHunter

Iron Maiden, Moskwa, 11 lutego 2011.

Pomyślnemu zbiegowi okoliczności zawdzięczam wizytę w Moskwie w czasie,gdy właśnie tutaj startuje trasa promująca wydany pół roku wcześniej album Final Frontier. Lądujemy na lotnisku Szeremietiewo bez opóźnienia 9 lutego wieczorem. Chwilę później, na lotnisku Domodiedowo ląduje z 5-godzinnym poślizgiem Ed Force One. Kapitan Dickinson wraz z załogą dziwią się że panują tu ujemne temperatury a zima trwa w najlepsze.

Moskwa - stolica sąsiadującego kraju, niezbyt dla nas dostępna. Bilety lotnicze są dość drogie. Noclegi i jedzenie kosztują sporo, nawet jak na europejskie realia. Bilety na koncert formalnie mogły być kupowane wysyłkowo tylko przez Rosjan. Cóż… pewnie dlatego nie udało nam się spotkać żadnych Polaków na koncercie.

Prognozy pogody straszyły 30-stopniowymi mrozami w dzień koncertu. Na szczęście nie było aż tak źle. Pierwszy koncert trasy miał odbyć się w obiekcie Olimpijskij. Prawie dwukrotnie większa od naszego Spodka hala sportowa spokojnie mieści kilkadziesiąt tysięcy widzów. Sprawnie i prawie bez przeszkód udaje nam się dostać do środka. Wizyta w szatni, obowiązkowe zakupy koszulek i zmierzamy do Fan Zony, strefy pod samą sceną. Bilety droższe niż w Polsce. Widać to także po ilości osób, które zmierzają w tym samym kierunku. Bez problemu lokujemy się na wprost sceny, w odległości nie większej niż 10 metrów.

Na tej części trasy Maiden supportowany jest przez Rise To Remain, metalcorowy twór, w którym wokalistą jest syn samego Bruce'a Dickinsona.
Zaczęli z lekkim opóźnieniem. Ich występ trwał trochę ponad pół godziny. Muzyka, którą wykonują niezbyt sprawdziła się jako rozgrzewacz. W miarę upływu czasu publika była coraz bardziej zniecierpliwiona. Na domiar złego gitarzyści jeden po drugim doświadczali jakichś problemów technicznych. Problemy ze sprzętem i nagłośnieniem nadrabiali dość żywiołowym występem, jednak publiczność dość jasno dała do zrozumienia na kogo czeka. Nie wiem czy to tylko trema czy brak obycia scenicznego, ale na ich koncertowanie w takim towarzystwie jest chyba trochę za wcześnie.

Godzina 20:20. Z głośników słychać "Doctor, doctor...". To znak, że zaczyna się występ na który wszyscy czekali. Opadają kotary. W tle intro "Satellite 15" odtworzone w całości a na telebimach towarzysząca mu ścieżka wideo. Pierwsze dźwięki Final Frontier, błyskają światła, oczom fanów ukazuje się nowa scenografia. Scena dość skromna jeśli chodzi o wymiary, przedstawia stację kosmiczną. W obu rogach sceny dwa pionowo ustawione sputniki - dokładne nawiązanie do szaty graficznej płyty Final Frontier. Zespół na scenie! Wszyscy uśmiechnięci i wypoczęci. Trasa dopiero sie zaczyna. Mieli dwa dni na próby i zwiedzanie Moskwy. Ten luz słychać w grze. To pierwszy koncert, ale nie wychwytuję żadnych poważnych wpadek w trakcie występu. Utwór tytułowy, zgodnie z przewidywaniami, przechodzi w El Dorado. Zmiana tła za sceną. Publika szaleje. Wraz z zespołem śpiewają teksty nowych utworów. Utwór, ograny już na letniej trasie odegrali żywiołowo i bez wysiłku. Teraz pora na klasyk: 2 Minutes To Midnight - publika wydziera się jak szalona. W pierwszych rzędach pod sceną trudno utrzymać się na nogach. Czas na ostudzenie emocji. Bruce inwentaryzuje publiczność według narodowości - hmm, czemu najwięcej jest Rosjan?? Kolejny utwór z nowej płyty: Coming Home. Bardzo ciepło przyjęty przez publiczność. Doskonałe, liryczne solo Dave'a o bluesowym zabarwieniu, zagrane na Les Paulu. Ku mojej uciesze, Dave przez kilka następnych utworów nie rozstaje się z tym instrumentem. Następnie na scenie pojawia się gitara akustyczna. Rozpoczyna Janick. Dance Of Death doskonale wypada jako utwór koncertowy, emocje stopniowo narastają, utwór przyspiesza, w tle Eddie jako Kosiarz. Kolejny klasyk - The Trooper - żelazny kanon na wszystkich trasach koncertowych począwszy od roku 1983. W trakcie ostatniej trasy niespodzianka - brak Troopera. Okazuje się, że to nieudany eksperyment - utwór wraca do setlisty. Znakomite wykonanie! Zastanawiam się przez chwilę nad tematyką utworu. Jak wiadomo, opowiada o wojnie brytyjsko-rosyjskiej. Nikt prócz mnie chyba jednak nie zawraca sobie tym głowy. To jeden z flagowych kawałków Maiden. Wszyscy bez wyjątku zdzierają gardła do spółki z Dickinsonem.
Kolejny killer koncertowy - The Wickerman! Publika niezawodnie powtarza za wokalistą wersy utworu. Chwila przerwy. Bruce zabawia publiczność przemową - Blood Brothers - sprawdzony w takich chwilach utwór z dedykacją dla wszystkich obecnych na koncercie. Znów zmiana tła za sceną - przerażająca wizja zniszczonego bombardowaniem miasta. To kolejny utwór z nowej płyty - When The Wild Wind Blows. Lekkie zaskoczenie, najdłuższy utwór na płycie, jednak sporo zyskuje w wykonaniu na żywo! Publiczność niezawodnie śpiewa cały tekst utworu.
The Evil That Men Do - a więc znowu grany na koncertach! Klasyk w najczystszej postaci. Co słabsi padają pod naporem szalejącego tłumu. Ostatni numer z nowej płyty - znów zaskoczenie: to The Talisman. Znów okazuje się być świetnym materiałem do grania na żywo! Bruce bez wysiłku radzi sobie z wysokimi partiami wokalnymi. Następnie utwór, bez którego trudno sobie wyobrazić koncertowy set Maiden - Fear Of The Dark. Tysiące gardeł śpiewają wraz z Dickinsonem. Tuż po nim - Iron Maiden. Wiadomo,że to ostatni utwór przed przerwą. Tym razem nie ma potężnej głowy Eddiego za sceną. Czyżby ograniczenia związane ze środkiem transportu? Pojawia się Eddie we własnej osobie, we wcieleniu z okładki ostatniego albumu. Tradycyjne figle z Janickiem i Davem. Ukłony w stronę publiczności. Frotki, kostki, naciągi i pałeczki lecą w stronę szczęśliwców. Chwila przerwy i oto zestaw, który łatwo było przewidzieć: The Number of The Beast, Hallowed Be Thy Name i Running Free. W ostatnim utworze, podczas tradycyjnych zabaw wokalnych z publicznością, Bruce ubiera wrzuconą na scenę charakterystyczną, futrzaną czapkę. Jego własna leci w stronę fanów. Krótkie umizgi do nich, próba wykonania kozaczoka i intonacja rosyjskich melodii. Tak, to już koniec. Prawie dwie godziny, które jak zwykle minęły zbyt szybko.

To był jedenasty koncert Maiden w którym uczestniczyłem. Zaledwie drugi, gdy setlista była dla mnie niespodzianką. Pierwszy raz rozpoczynałem trasę wraz z zespołem. Ciekawe jak długo jeszcze będę wierzył, że zagrają coś zaskakującego? Tym razem żadnych niespodzianek. Lekko zmodyfikowany set z letniej trasy. Dobór utworów z nowej płyty trochę zaskakujący. Brakowało mi pewniaka czyli The Alchemist, wg. mnie idealnego utworu na koncerty. Przyznaję jednak, że zarówno The Talisman jak i When The Wild Wind Blows sporo zyskują w koncertowej wersji. Publiczność rosyjska trochę nieśmiała, jak na nasze standardy jednak dość kulturalna, obyta z tekstami utworów, szczególnie tych nowych. To co mogło zastanawiać to jednak niezbyt duża frekwencja. Nie dało się ukryć, że pod sceną zmieściłoby się jeszcze sporo fanów a i na trybunach wyraźnie widać było wolne miejsca. Ponoć nie sprzedało się 10 tysięcy biletów. Mimo wszystko koncert na pewno zaliczę do tych udanych! Miałem zespół na wyciągnięcie ręki, występ był dość dobrze nagłośniony.
Apetyt na letnie występy w naszej części Europy mocno się wzmógł. Kiedyś obiecałem sobie, że nie opuszczę już żadnej trasy koncertowej, póki chłopaki nie przejdą na emeryturę. Zamierzam dotrzymać słowa!