2010-08-15 Cluj-Napoca, Rumunia Parcare Polus Center

Trasa: The Final Frontier World Tour 2010

Autor: Garfield

Rano po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę do Rumunii. Spokojnie przejechaliśmy przez Węgry. Wyjeżdżając z Budapesztu pstryknęliśmy parę fotek z okien samochodu. Piękne miasto. Trzeba będzie tam wpaść kiedyś na dłużej. Droga przez Węgry minęła szybko. Jaja zaczęły się dopiero w Rumunii. Wpierw powstała jakaś zamotka na granicy rumuńsko – węgierskiej, gdzie trzeba było kupić winiety. Przy małym budyneczku stała kolejka ludzi, którzy byli obsługiwani w sposób bardzo nieprofesjonalny. Wszystko mocno się przeciągnęło. Wreszcie mogliśmy pojechać dalej. Krajobraz dość gwałtownie się zmienił i nie chodziło o przyrodę. Przyglądając się rumuńskim wioskom można było zauważyć zupełnie inną zabudowę, maleńkie domeczki, klitki dosłownie a kiedy indziej znowu cygańskie pałace dwupiętrowe, z posrebrzanymi dachami i przyozdobione przeróżnymi dziwactwami bez gustu. Zdaje się, że tam jacyś cygańscy kacykowie zamieszkiwali, bo nie mało forsy kosztowały takie rezydencje. Miasta często mocno zapyziałe. Cała masa nieczynnych, upadłych zakładów produkcyjnych sprawiała przygnębiające wrażenie przerdzewiałymi molochami konstrukcyjnymi na swoich terenach. Niektóre bloki na osiedlach mieszkaniowych przypominały mi widok jak z filmu o Bejrucie. Dziadostwo przygraniczne. Na ulicach pełno słupów z kablami różnej maści. Istna pajęczyna w powietrzu. Jadąc w stronę Transylwanii spotykaliśmy sporo cyganów na drodze w ich wozach konnych z budami. Jeden wyjechał nam na skrzyżowanie na czerwonym świetle, zaciął konia batem aż ten dęba stanął i ruszyli z kopyta aż się gruba, cygańska żona zatrzęsła na stołku za plecami woźnicy. Dobrze, że nie wjechaliśmy im w dupy naszym autem…..

Bywały też miejsca świadczące, że jesteśmy jednak w cywilizowanej Europie. Na ślicznej stacji benzynowej zjedliśmy pyszny, tani obiad, zostaliśmy bardzo miło obsłużeni. Bardzo czyste, schludne miejsce. Im bliżej do Cluja, który nosi miano najszybciej rozwijającego się miasta w regionie tym gorzej było dojechać. Pojawiły się straszne korki. Zaczęliśmy obawiać się, że nie zdążymy zameldować się w hotelu i pojechać na koncert. Dodatkowo nasze samopoczucie pogorszyło spostrzeżenie, że zapomnieliśmy przesunąć zegarków o godzinę, bo w Rumunii jest inny czas niż u nas. Różnica godziny w przód. Byliśmy dodatkową godzinę w plecy….. a korki coraz większe. Zrobiło się nerwowo. W końcu stanęliśmy, bo pod samym Cluj-Napoca był wypadek. Na wąskiej drodze nie dało się go wyminąć. Musieliśmy zawracać i jechać do Cluj od innej strony miasta. Trochę to trwało. 30 min przed samym koncertem(już według nowego czasu) wbiliśmy do hotelu, szybko załatwiliśmy formalności zostawiliśmy graty w pokojach i pojechaliśmy taksówką pod market na którego parkingu miał odbyć się koncert.

W taksówce, kiedy przygotowywałem sprzęt do nagrywania okazało się, że karta pamięci odmówiła mi posłuszeństwa i musiałem nagrywać na wewnętrznej pamięci załadowanej już koncertem z Budapesztu. Groziło mi, że raczej nie nagram całego koncertu. Pech jak diabli. Najgorsze, że sprzęt nie dał się uruchomić. Jakby się zawiesił. W końcu doprowadziłem go do porządku. Z taksówki musieliśmy wysiąść wcześniej, bo nie dało się dojechać na samo miejsce koncertu i prawie biegiem zbliżaliśmy się do celu naszej pielgrzymki. Niestety – Maiden nie zaczekali na nas i zaczęli swój występ za wcześnie !! Kiedy zająłem miejsce na widowni(najdalsze w historii moich wyjazdów na koncerty Ironów) właśnie trwał Dance of Death. Nagrywać rozpocząłem od Reincarnation of Benjamin Breeg a pamięci wewnętrznej starczyło mi do Iron Maiden. Bisy straciłem. Niestety. Dodatkowo z nerwów źle skonfigurowałem ustawienia. Koncert nagrał mi się za głośno. Miejsce w którym stanąłem nie było za dobre. Nagranie nie miało basu a zarejestrowało mi się dużo wysokich tonów, jazgotliwych i męczących. W domu musiałem ciężko nagłowić się jak zremasterować ten zapis. Nagranie zostało uratowane aczkolwiek w mojej ocenie jest to najgorszy bootleg Maiden jakiego się dopuściłem. Cóż…. Bywa i tak. Raz na wozie, raz pod wozem. Miałem taperskie triumfy więc przyszedł też czas na porażkę.

Sam koncert był bardzo udany choć Rumunii psioczyli na Maidenów, że nie zagrali im Transylvanii. W sumie mogliby, skoro tak się jarali publicznie pierwszym swoim występem w historii w tej pięknej krainie. Pięknej, bo jej piękno zacząłem dostrzegać w drodze powrotnej, kiedy mój umysł nie był już zmącony strachem, że nie zdążymy na koncert. Wracając do imprezy. Właściwie to gówno mogłem zobaczyć. Stałem w miejscu gdzie było dość luźno. Na samym końcu tłumu na wprost sceny. Przed nosem miałem budę realizatora w odległości jakichś 20 metrów i wielki telebim. Nagłośnienie było dobre. Żadnych awarii. Trudno jednak mówić o udanym przeżyciu koncertu w tak wielkiej odległości od sceny, będąc jakby w oddaleniu od tego wydarzenia. Niby nieźle słychać, niby jesteś na koncercie ale czujesz się jakbyś był poza tym. Set zagrano standardowy, bez żadnych odstępstw ku rozpaczy wielu rumuńskich serc. Takie jest show Maiden. Od A do Z zaplanowane. Zero spontanu.

Wracając z koncertu do hotelu zaliczyliśmy ze 3 knajpy gdzie raczyliśmy się piwem podziwiając urodę miejscowych dziewcząt, przedstawicielek większości rumuńskiej. Cyganów i Cyganek nigdzie nie spotkaliśmy. Może chodzą spać z kurami. Zamieniliśmy parę zdań z Rumuńskimi fanami. Byli ogólnie rozgoryczeni, że ich olano(brak Transylvanii w setliście). Pocieszaliśmy ich , że przynajmniej technika im nie nawaliła na imprezie, bo dzień wcześniej w Budapeszcie technicy spieprzyli pół koncertu.

Kiedy już wybawiliśmy się w tych wszystkich rumuńskich knajpach poszliśmy sobie spacerkiem do hotelu spać. Hotel bardzo mi się podobał. Luksus. Wszystko lśniło czystością, profesjonalna, miła obsługa, rano pyszne śniadanie do syta(stół szwedzki). W południe wyruszyliśmy do Polski, podziwiając wspaniałe widoki transylwańskich wzgórz przejeżdżając wyjątkowo pokręconymi serpentynami dróg dużo lepszych niż nasze polskie. Jak widać wszędzie są dobre i złe strony a sporo zależy od nastawienia. W Rumunii jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia ale czy u nas nie jest podobnie?

Przemknąwszy przez Rumunię i część Węgier zatrzymaliśmy się w małym miasteczku i w dość fajnej knajpie zaliczyliśmy regionalne węgierskie przysmaki. Jestem zachwycony zupą gulaszową. Rewelacja. Madziary wiedzą co dobre. Chciałbym to zjeść kiedyś jeszcze raz. Następnie ruszyliśmy dalej w drogę. Przecięliśmy Słowację. Do Polski wjechaliśmy już o zmierzchu. W Krakowie byliśmy ok.23.00. Tu pięknie podziękuję Marcinowi i jego żonie Magdzie za gościnę. Zaliczyłem u nich wspaniałą kolację, miłą posiadówkę przy piwku a rano Marcin odwiózł mnie i Piotrka na dworzec PKP skąd rozjechaliśmy się do domów. W Częstochowie byłem w samo południe.

Sumując. Wyjazd udany, bardzo przyjemny i w dobrym towarzystwie. Bootlegi może nie najlepsze w moim życiu ale jednak są i będzie przy czym wspominać tą szaloną eskapadę. Mam nadzieję, że w 2011r uda się skoczyć na kilka koncertów Iron Maiden. Oby jeden z nich był polskim koncertem.