2010-08-14 Budapeszt Sziget Festival

Trasa: The Final Frontier World Tour 2010

Autor: Garfield

Jeszcze parę miesięcy temu byłem rozżalony, że Maiden na letniej trasie 2010 nie odwiedzą Polski ani Czech, gdzie lubię bardzo jeździć na koncerty. Pomyślałem – Trudno. Może w 2011 wezmą nas pod uwagę przy ustalaniu grafiku trasy. Parę dni później odezwał się do mnie Marcin, EdHunter z Krakowa. Zaproponował mi wyjazd do Cluj-Napoca w legendarnej rumuńskiej Transylvanii, gdzie 15 sierpnia mieli grać Maideni. Ponieważ swojego czasu przeżywałem mocne fascynacje tamtejszą kulturą, legendami o wampirach, idea tej wyprawy mocno zadziałała na moją wyobraźnię. Dałem się łatwo przekonać. Doszedłem do wniosku, że zaliczenie koncertu Maiden jak również możliwość porozglądania się po tej krainie to świetna sprawa. Przy okazji pomyślałem, że skoro jedziemy na koncert aż do Rumunii, to może warto byłoby zawadzić o Budapeszt i zaliczyć przy okazji Sziget Festival, gdzie dzień wcześniej chłopaki z Maiden również mieli swój koncert. Zaproponowałem to Marcinowi. Stanęło na tym, że jedziemy na dwa koncerty.

Po kilku dniach Marcin skompletował resztę załogi do swojej Skody. Dołączyli do nas Piotrek, którego miałem okazję poznać w 2007r na ostravskim koncercie i spotkaliśmy się jeszcze w Warszawie rok później, oraz Robert, którego również widziałem w Ostravie. EdHunter wziął na siebie organizację wyjazdu od technicznej strony. Zarezerwował pokoje w hotelach i podjął się jeszcze paru innych spraw organizacyjnych. Z niecierpliwością wyczekiwałem zbliżającego się terminu wyprawy.

14 sierpnia, w dniu wyjazdu musiałem się zerwać dość wcześnie, bo o 6.10 miałem autobus do Kraka. O 9.00 zameldowałem się na krakowskim dworcu PKS, gdzie czekali na mnie towarzysze podróży. Zapakowałem się ze swoimi rupieciami do auta i wyruszyliśmy.

Podróż przez południową Polskę była dość upierdliwa. Niestety nasze drogi to nadal jedna wielka żenada. Korki, dziury, objazdy to szara codzienność. Zanim wyjechaliśmy z kraju, straciliśmy sporo czasu. Na Słowacji warunki podróży poprawiły się. Ten mały kraj o wiele szybciej poradził sobie z transformacją gospodarczą. Widać to choćby po stanie dróg. Przez Słowację przemknęliśmy jak burza piękną autostradą. Dość wcześnie dotarliśmy do granicy węgierskiej a około godziny 18.30 zameldowaliśmy się w hotelu gdzie mieliśmy zarezerwowaną dobę ze śniadaniem. Odświeżyliśmy się i ruszyliśmy w miasto aby dotrzeć do wyspy Sziget na której odbywał się właśnie jeden z największych festiwali w Europie Wschodniej. Zorientowaliśmy się, że aby dotrzeć na koncert i nie zmęczyć się marszem trzeba jednak skorzystać z komunikacji miejskiej. Przemknęliśmy tramwajem 3 przystanki, później kolejne jakąś koleją miejską. Wysiedliśmy tuż przy wejściu na wyspę. Za mostkiem przemknęliśmy przez bramki kontrolne i już byliśmy na terenie festiwalu. W drodze pod właściwą scenę zjedliśmy jakieś kebaby. Po chwili marszu dotarliśmy do terenu gdzie miał się odbyć koncert Maiden. Było 15 minut do koncertu i kupa ludzi. Mimo to z łatwością dotarłem na miejsce gdzie chciałem się ustawić ze swoim sprzęcikiem nagrywającym. Był to jakiś 25 metr od sceny zaraz przy alejce biegnącej od środka sceny do rusztowań stanowiska realizatora. Stanąłem obok jakiegoś ojca z gromadką dzieci. Takich ludzi było mnóstwo. Maiden doczekali się całych rodzin fanów. Piękny widok.

Koncert rozpoczął się chyba z lekkim, kilkuminutowym poślizgiem. Gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki „Doctor, Doctor” ustawiłem rekorder i skupiłem się na nagrywaniu nie krzywdując sobie przy tym w obserwacji tego co działo się na scenie i dookoła. Mam wrażenie, że na koncercie było troszkę osób, które przyszły ze zwyczajnej ciekawości. Ci najzagorzalsi fani okupowali powierzchnię najbliższą scenie. Dalej stali ci, dla których nie starczyło miejsca z przodu, przemieszani ze spokojniejszą publicznością i z tymi, którzy przyszli dopiero poznać zespół. Nie będę rozpisywał się na temat set listy, bo wszyscy ją znają. Powiem tylko, że koncert był dla mnie wielką gratką. Opuściłem trasę 2000/2001 oraz 2003. Mogłem zatem nadrobić zaległości i usłyszeć w wersji koncertowej najfajniejsze utwory z albumów Brave New World oraz Dance Of Death. Usłyszałem również ponownie parę utworów z A Matter Of Life And Death. Bardzo ciekawy zestaw. Do tego parę klasyków takich jak Wrathchild, Hallowed Be Thy Name, Iron Maiden, The Number Of The Beast, Running Free. Super zestaw. Czułem się bardzo usatysfakcjonowany takim doborem utworów. Atmosfera dość gorąca jednak nie było tak żarliwego aplauzu jak w Warszawie w 2008 roku. Temperatura otoczenia była nieznośna. Poczułem się w pewnym momencie jak wyciągnięty świeżo z rosołu. Teraz troszkę o technicznej stronie koncertu. Niestety pomimo świetnej formy zespół nie zabrzmiał jak należy podczas pierwszej części koncertu. Technicy dość długo walczyli z różnymi awariami. Co chwilę coś pierdziało, trzeszczało. Mikrofon odmawiał wokaliście posłuszeństwa. Przez dobrych pięć utworów co chwilę mieliśmy jakieś dodatkowe efekty w uszach. Później na szczęście wszystko się unormowało i zespół wreszcie był słyszany tak jak to być powinno. Jak już wspomniałem, pod sceną było strasznie gorąco. Co jakiś czas w alejce biegnącej pod sceną i tej drugiej odbiegającej od sceny w głąb tłumu działał jakiś człowiek ze szlaufem, który wylewał na fanów strugi wody. Niektórym przynosiło to ulgę. Mnie wkurzało, bo bałem się o swój rejestrator i mikrofon. Podczas jednego z utworów przyjąłem na siebie strugi wody i walcząc o mikrofon, zasłaniając go jak tylko można nagrywałem dalej. W tym miejscu nagrania słychać, że mikrofon czasami zbiera inaczej to co działo się w koło a dźwięk jest bardziej stłumiony. Kiedy szalony strażak poszedł w inne rejony, mogłem spokojnie nagrywać dalej. Później okazało się, że ta woda była jednak bardzo potrzebna, bo sporo ludzi mdlało z gorąca. Choć było już po zachodzie słońca, wysoka temperatura cały czas się utrzymywała. W tłumie powiewały flagi narodowe – węgierskie, słowackie, niemieckie. Polskiej nie widziałem, choć sporo ziomków przyjechało indywidualnie bądź w grupach zorganizowanych. Kumple stojący bliżej sceny, mówili że jednak jakieś polskie akcenty z przodu były(jakiś przygłup pierdział w wuwuzelę, co faktycznie troszkę było słychać). Jak mniemam nasi fani okupowali barierki pod sceną, bo zazwyczaj dobrze pracują łokciami i nigdy nie mają problemów wepchnąć się tam gdzie chcą. Zespół zagrał bardzo fajny koncert. Będę mieć miłe wspomnienia z tej imprezy. Jestem pod wielkim wrażeniem formy Adriana i Nicko. Odrobinę rozczarował mnie Dave, któremu nie chce się dokładnie zagrać np. solówki do The Number Of The Beast i odwala czasem chałturę. Mógłby czasem posłuchać starych płyt i bootlegów i przypomnieć sobie, że stać go na więcej. Pomyśleć, że w latach 80tych był moim ulubionym członkiem zespołu i ulubionym gitarzystą. Cóż. Mieszkanie na Hawajach jak widać rozleniwia. Jan i Stefan bardzo przyzwoicie. Bruce w dobrej formie. Nie było się czego czepiać. Czasem żartował z publiczności, np. kpiąc z jej śpiewów, kiedy na bis grano Running Free. Poleciał wtedy "hungarian bullshit" i inne komplementy. Naprawdę fajny koncert.

Kiedy już wszystko się skończyło, zgromadziliśmy się na jakimś terenie gdzie sprzedawano żarcie i piwo. Pochłonęliśmy jakieś dania na gorąco strzeliliśmy po 2 piwka. Następnie postanowiliśmy rozejrzeć się po całym terenie festiwalu. Organizacja była perfekcyjna. Mnóstwo stanowisk gastronomicznych gdzie można było dobrze zjeść. Sporo stoisk z piwem, wódką, palinką, kawą, herbatą. Co chcesz to masz. Nieopodal mniejsze i większe sceny, namioty w których też grała muzyka. Większe koncerty, mniejsze koncerty i mini koncerty. Muzyka popularna, ludowa, elektroniczna, alternatywna. Dosłownie wszystko. Miasto muzyki na wyspie. Do tego dochodziły namioty gdzie można było potańczyć do muzyki techno, dance i i innych rodzajów muzyki tanecznej na której się nie znam więc w szczegółach nie opowiem. Na festiwalowym terenie można jeszcze było skoczyć na bungie, zrobić sobie tatuaż, pozjeżdżać na linach. Podejrzewam również, że każdy kto chciałby się zabawić w bardziej wyrafinowany sposób, również znalazłby do tego jakieś miejsce i towarzystwo. :)

Kiedy już wypiliśmy po parę piwek, poznaliśmy wszystkie dziewczyny na swojej drodze, oddaliliśmy się w stronę hotelu. Kiedy szliśmy spać było już chyba ok. 4.00. Przed południem trzeba było odjechać i do tego czasu porządnie się zregenerować. W końcu czekała nas długa droga do Cluj-Napoca, gdzie następnego dnia miał się odbyć kolejny koncert Maiden.

c.d.n.