2010-08-05 Wacken Open Air

Trasa: The Final Frontier World Tour 2010

Autor: gumbyy

Pierwsze takty utworu "Doctor, Doctor" zespołu UFO puszczone z głośników spowodowały dreszcz emocji w ponad 70-cio tysięcznym tłumie. Większość zgromadzonych miała świadomość, że właśnie "rozpoczął" się koncert zespołu Iron Maiden. Wspólne odśpiewanie tego kawałka i z głośników zaczyna sączyć się intro. Mrugające czerwone światełka na scenie, multimedialny pokaz na telebimach i wreszcie Adrian Smith rozpoczyna show od charakterystycznego riffu z utworu "The Wicker Man". Po chwili na scenę wysypuje się reszta muzyków. Na samym końcu oczywiście Bruce Dickinson, który od razy przebiega przez cała scenę i w efektownym skoku nad odsłuchami wita się z publicznością. Otwierający koncert kawałek jest odegrany z pazurem i mocą. Nieznaczne niedociągnięcia dźwięku są szybko zniwelowane i można w 100% cieszyć się tym koncertem. Wspólnie odśpiewane refreny i pod koniec: "ooo-ooo-ooo-ooo". To jest doskonały utwór na początek koncertu. Iron Maiden od razu dokładają "Ghost Of The Navigator" i tutaj ta druga (szybsza część) wychodzi znakomicie. Początek tego kawałka specjalnie mnie nie zachwycił. Podobnie jak kolejny "Wrathchild", który jakoś tak niezbyt pasował mi w setliście. Troszkę jest tak dodany "od czapy". W czasie tego utworu przyglądam się scenie, na której mamy wystrój "kosmiczny". Coś jakby baza kosmiczna, tradycyjnie z podestami po bokach i zmieniającymi się płachtami z tyłu. Dosyć efektowne to wszystko, no ale to jest standard w przypadku Maiden. Bruce wita wszystkich fanów, dziękuję za Złotą Płytę (wynik sprzedaży "A Matter Of Life And Death") i opowiada o nowym albumie. Namawia wszystkich do kupna nowej płyty i zapowiada nowy kawałek "El Dorado". Cóż... szczerze mówiąc nowy singiel nie przypadł mi szczególnie do gustu. Na żywo został zagrany trochę szybciej, bardziej drapieżnie, no ale to wciąż nie jest to czego bym chciał. Po prostu szału nie ma. Tutaj muszę przyznać, że byłem w mniejszości, gdyż wiele osób wyglądało na zachwyconych, co przełożyło się na głośne wyśpiewywanie tekstu. Na szczęście (dla mnie) kolejna pozycja w setliście to już coś wspaniałego. Z tyłu sceny pojawia się płachta prezentująca Eddiego z okładki płyty "Dance Of Death" i otrzymujemy utwór tytułowy z tego albumu. To jest po prostu genialny kawałek na koncerty. Świetnie wykonany, świetnie wyśpiewany przez Dickinsona, tutaj tylko mogę się zachwycać. Ten utwór powinien na stałe wejść do koncertowego repertuaru Żelaznej Dziewicy. Zespół jakby dostał wiatru w żagle i prezentuje koleją pozycję w setliście. Ponownie mamy coś z nowszych czasów. Charakterystyczne intro na basie i już wiadomo, że to musi być "The Reincarnation Of Benjamin Breeg", który ma odpowiednią prezentację z tyłu sceny. Kolejny mocny punkt tego koncertu. Wiem, że sporo osób marudzi na ten kawałek, ale mi on się podoba od samego początku. Od pierwszego przesłuchania, jeszcze jako singiel przed płytą "AMOLAD". Dlatego ucieszył mnie fakt, że pojawił się ponownie na koncertach. Z tyłu pojawia się płachta na której Eddie jest ucharakteryzowany na żołnierza, czyli to musi być... "These Colours Don't Run". No i co ja niby mam tutaj powiedzieć? Oczywiście, że byłem zachwycony.

"For The Passion, For The Glory
For The Memories, For The Money
You're A Soldier For Your Country
What's The Difference - All The Same"

Tutaj to śpiewają wszyscy, coś pięknego. Zresztą trudno obok tego kawałka przejść obojętnie. Dla mnie to jedna z lepszych kompozycji z przedostatniej płyty. Przed kolejnym utworem Bruce przyszykował kolejną przemowę. Sporo opowiada i kończy mówiąc, że dedykuje kolejny kawałek dla kogoś specjalnego. Dla osoby z której głosem dorastał i która miała wielki wpływ na jego osobę. Palec wzniesiony do nieba i "Ronnie James Dio. Blood Brothers". Przyznam szczerze, że ten utwór nie należy do moich faworytów. Mało tego, na płycie jakoś mnie irytuję i często odpuszczam sobie jego słuchanie. Na Wacken Open Air zostałem jednak niesamowicie pozamiatany. Kapitalne wykonanie, doskonały śpiew publiki

"We're Blood Brothers, We're Blood Brothers
We're Blood Brothers, We're Blood Brothers"

i Dickinson po prostu został zagłuszony. Niesamowita sprawa, nie było sensu, żeby chłop "męczył się" ze śpiewaniem podczas refrenu. A ja tutaj miałem swoją osobistą dedykację (Krzysiek), o której pomyślałem podczas przemowy Bruce. Muszę przyznać, że podczas tego kawałka zrobiło mi się bardzo smutno, bo pomyślałem, że stalibyśmy obok siebie...

Po takiej niesamowitej dawce świetnej muzyki nastąpił mały przerywnik w postaci "Wildest Dreams". Nie ma co się czarować, ale ten kawałek po prostu jest słaby i koncertowe wykonanie niewiele tutaj zmienia. Tak trochę wyhamowała dynamika tego koncertu i ja z niecierpliwością oczekiwałem kolejnej pozycji. Lekko przydługawy wstęp i kilkakrotne "No More Lies!" pobudza wszystkich do większego wysiłku i jeszcze większej zabawy. Wielkiego przekonania do tego utworu nie mam, ale na koncertach to dosyć dobra pozycja. Iron Maiden idą za ciosem i serwują "Brave New World". Ten utwór również powinien na stałe gościć w koncertowych setlistach.

"A Brave New World
In A Brave New World
A Brave New World
In A Brave New World"

wyśpiewane przez wszystkich zgromadzonych robi piorunujące wrażenie na muzykach. Ten kawałek fantastycznie wyszedł na tym koncercie. Ja nie do końca mogę się skupić na muzyce, gdyż totalnie się rozklejam, no ale słuchając tego utworu, to chyba już tak będę miał zawsze. Kolejna propozycja Maiden to absolutnie konieczna sprawa na ich koncercie. "Fear Of The Dark" i zaczyna się szaleństwo. Tekst wyśpiewany pierwszorzędnie, zespół w "pełnym gazie" i Dickinson niczym dyrygent. Bruce w części instrumentalnej zafundował sobie wycieczką na sąsiednią scenę (na Wacken 2 główne sceny są obok siebie) i nie zdążył wrócić na te króciutkie "Fear Of The Dark" pomiędzy solówkami. Oczywiście publiczność stanęła na wysokości zadania i "dziura" została zapełniona. Bruce wraca w trakcie śpiewu publiki i podłącza się jak gdyby nigdy nic. Nie mam pojęcia o co chodzi z tym utworem, ale koncertowo to po prostu miazga. A przecież na płycie aż tak wielkiego szału nie ma. Od pewnego czasu po "Fear...", panowie od razu grają "Iron Maiden" i tak było tym razem. Krótko mówiąc tekst wyśpiewany przez kilkadziesiąt tysięcy fanów to coś wspaniałego. Na scenie pojawia się wielki Eddie, który wygląda jak na okładce płyty "The Final Frontier". Co ciekawe ma zamontowaną kamerę w okolicach głowy i obraz z niej można oglądać na telebimach. Bardzo efektownie to wyglądało. Oczywiście w roli głównej Janick Gers i jego tradycyjne wygłupy. Na koniec Eddie dostaje gitarę i kończy kawałek z chłopakami. No cóż... przecież to pełnoprawny członek zespołu, prawda? Muzycy żegnają się z nami, gadżety lądują w tłumie i po chwili na scenie zapada ciemność. Oczywiście nikt się nie rusza z miejsca, bo wiadomo, że będą bisy. Po chwili słyszymy najbardziej znany wśród metalowej braci cytat z Biblii i na scenie pojawia się czerwono podświetlona Bestia. Oczywiście mamy do czynienia z utworem "The Number Of The Beast". Pod sceną tradycyjnie szaleństwo i refreny odśpiewane z Dickinsonem. Tutaj nikt się nie oszczędza, bo i po co? Kolejna pozycja to dla mnie jeden z bardziej oczekiwanych momentów. "Hallowed By Thy Name" - do tego utworu mam olbrzymi sentyment i za każdym razem wielką radość na koncercie. Tym razem nic się nie zmieniło i przeżyłem swój kolejny magiczny moment. Przed ostatnim kawałkiem Bruce pokazał swoje specyficzne poczucie humoru. Cały koncert śpiewał w czapce na głowie i teraz wyrzucił ja w publiczność. Zamiast niej ubrał czapkę angielskiego policjanta i udając upierdliwego sierżanta dopytywał co to za zgromadzenie i co to się tutaj wyprawia. Dokładając do tego bardzo przejaskrawiony akcent (taki nosowy) wyglądało to bardzo komicznie i kojarzyło mi się z Monty Pythonem. W międzyczasie przedstawił wszystkich muzyków i zespół odegrał "Running Free". Przydługie zakończenie i zespół ponownie żegna się z nami ze sceny. Tym razem to już nieodwołalnie. Jeszcze chwila ciemności na scenie i po chwili z głośników leci tradycyjne "Always Look On The Bright Side Of Life". I to już jest koniec.

To było moje ósme spotkanie z zespołem Iron Maiden, na ich siódmej trasie koncertowej. Jak zwykle zespół stanął na wysokości zadania i zagrał dobry koncert. Zresztą Iron Maiden nie ma w zwyczaju odwalać chałtury. Tym razem był to trochę nietypowy koncert, bo zespół postanowił lekko odświeżyć setlistę i chwilowo zrezygnował z grania odwiecznych klasyków i pewniaków. Tym razem zabrakło m.in. "The Trooper", "Run To The Hills", czy "2 Minutes To Midnight". W zamian tego Maiden postawili na nowsze kompozycje z trzech ostatnich płyt. Dzięki za wszystko i temu miałem przyjemność usłyszeć "The Reincarnation Of Benjamin Breeg", "Dance Of Death", czy "These Colours Don't Run". Ja z takiej zmiany jestem zadowolony i bardzo chętnie "odpocząłem" od tych zawsze granych utworów. Wiele osób narzekało na taką setlistę, no ale to nie mój problem. Specjalnie przed tym koncertem nie słuchałem/oglądałem bootlegów z tej trasy i koncert oceniam tylko i wyłącznie pozytywnie.