2003-06-19 Zlin, Czechy Zimny Stadion Ludka Cajky

Trasa: Give me Ed 'till I'm Dead Tour 2003

Autor: Caleb

19 czerwca 2003 – środa. To dokładnie 2 tygodnie i jeden dzień po koncercie Maiden w Katowicach. Co tam się działo wiecie, bo byliście, a ci nieszczęśliwcy, którzy nie byli wiedzą mniej więcej z recenzji The Last Childa z mojego serwisu. Przypomnę tylko, że było nieziemsko. Myśląc o tym wszystkim i wiedząc, że przeżyje to znowu wsiadłem do pociągu rano o 6:30 w Gliwicach i przyjechałem do Zlinu po 8 godzinach. Takie niestety były połączenia, ale miałem inne wyjście – zapłacić 90zł za Euro-City i przyjechać szybciej. Niestety Billem Gates’em nie jestem i na to nie mogłem sobie pozwolić :) Będąc już w Zlinie poszliśmy z kolegą do hotelu zostawić rzeczy i od razu w kierunku Zimnego Stadionu Ludka Cajky. Cały czas myślałem, że to będzie zwykły stadion Open-air, ale zapomniałem, że Czesi bardzo dobrze grają w Hokeja i równie mocno się tym sportem pasjonują, dlatego ten stadion okazał się sporych rozmiarów halą (Nicko w swoim pamiętniku napisał, że weszło tu 9000 ludzi, ale mi się to nie wydawało większe od Spodka). Była godzina 16, więc jeszcze po drodze poszliśmy na piwo i Smażeny Syr. A później prosto na koncert. Nie było zbytnich problemów z odnalezień wspomnianej hali bez mapy, chociażby dlatego, że Zlin nie jest dużym miastem, a dodatkowo często można było spotkać „swoich” w koszulkach Maiden, poza tym czasami stał gostek z tabliczką z napisem „Parking Iron Maiden” Około 17 dotarliśmy na miejsce, gdzie były już małe grupki metali skupione oczywiście w miejscu z napisem „Vstupenky” Nie stanowiło dla mnie problemu przepchanie się przez te grupki i przejście do przodu, bo stopień kompresji był niski. Spotkałem już tam pierwszych Polaków. Informacja na bilecie wskazywała, że wpuszczanie zacznie się o godzinie 20:00, ale jak dobrze pamiętam zaczęło się 2 godziny wcześniej. Jak zapewne wszyscy maniacy, którym drogie jest miejsce przed sceną wiedzą, że wtedy znacznie rośnie adrenalina, tak było i tym razem. Szybko dałem bilet ochroniarzowi, aby oderwał odcinek kontrolny, co uczynił. Nie było przeszukiwania – i dobrze, w końcu to nie hip hop czy techno, gdzie niebezpieczeństwo jest większe ze względu na obecność ludzi z paskami na dresach. Potem już tylko z radosnym wrzaskiem sprintem wbiegłem do środka, zbiegłem po schodach i pierwszy złapałem płotka! To jeszcze nigdy mi się nie udało, dlatego sytuacja wydała mi się dziwna. Taka w istocie była, bo nikt się nie rzucał, nie rozpychał i wszyscy stali w spokojnie, o dziwo nadal słabo skompresowani!. Może trudno w to uwierzyć i można mieć mieszane uczucia, bo z jednej strony (dla mnie) dobrze, bo mogłem stać, bez wysiłku, a z drugiej szkoda, że Czesi nie pałają tak wielkim entuzjazmem jak Polacy. To jednak dopiero początek niespodzianek – na szczęście pozytywnych!

Teraz chciałem pochwalić ochronę, bo takiej możemy naprawdę zazdrościć Czechom. W porównaniu do naszych chamskich żółtych pedałów z Fosy, którzy wykręcają ręce i klną, czeska ochrona jest przeciwieństwem. Na samym początku, od razu po wpuszczeniu przynieśli kilka wiader wody i pełno plastikowych kubków. Ci Panowie zajęli się podawaniem wody, bez przerwy prawie zamiast stać i się złośliwie uśmiechać. Tak było również w czasie koncertu. Muszę powiedzieć, że bez problemu wytrzymałbym bez wody tutaj, ale jak widziałem w Spodku tych „żółtych”, którzy ją mieli a nie chcieli się podzielić to szlag mnie trafiał. Zresztą nie tylko mnie, ale wszystkich stojących ze mną, bo po 5 godzinach w takich warunkach dla wody można zabić. Jeszcze raz wyrazy uznania dla czeskich ochroniarzy.
,br> Teraz przejde do części technicznej, czyli powiem o tym jak ustawiona była scena i więcej o hali. Jak wiadomo jest w kształcie prostokąta (hala). Sufit posiada taki oszklony pasek o szerokości 3 metrów tak na oko. Pisze o tym, bo bałem się, że Ironi zaczną jak jeszcze będzie jasno, tak się na szczęście nie stało, zresztą na pewno by do tego nie dopuszczono. Scena natomiast była zrobiona cała z rusztowań, nic nie było przymocowane do sufitu. Nawet te głośniki, które normalnie wiszą teraz miały specjalne rusztowania. Scena była wyżej niż w Katowicach, ale niestety (nie wiem, dlaczego) te rusztowania były o wiele za niskie, bo wszystkie dekoracje, łącznie z perkusją McBraina zasłaniały ponad połowę tylnej nawy, w której były pokazywane te ogromne płachty i Eddie z mózgiem zjeżdżającym do głowy. A do sufitu zostało jeszcze parę metrów dlatego nie widze problemu, żeby całość była wyższa. Jest to dziwne, bo na pewno są jeszcze inne hale, gdzie nie można nic podwiesić, a przecież chyba technicy z premedytacją nie zasłoniliby tak dużej części dekoracji. Na razie pozostaje to tajemnicą, postaram się dowiedzieć dokładniej o powód na forum. Jednak nie martwiłem się tym zbytnio, bo przecież nie scenografia jest najważniejsza, ale Steve, Bruce, Janick, Adrian, Dave i Nicko!

Suportem tym razem nie był Stray, ale kapela o nazwie Murder Dolls. Wydaje mi się, że gdzieś już tą nazwę słyszałem, „When you see familiar faces, but you don’t remember where they from, could you be wrong?” Grali coś w rodzaju punka, połączonego z numetalem i takim jednostajnym wrzeszczeniem do mikrofonu. Perkusista cały czas zachowywał się jakby rąbał drzewo siekierą, a nie grał. Było to po prostu jednostajne walenie po garach z całej siły. Ogólnie lalki mnie rozśmieszyły, gitarzyści mieli koszulki slayera, wysokie buty z klamrami, jeden miał obcasy, jak niektóre laski dresów zwykły dziś nosić. No i te piękne dredy wokalisty na czubku głowy (reszta głowy wygolona). Nad nimi nie będę się więcej rozwodził, bo nic specjalnego to nie było.

Po występie suportu minął jakiś czas, technicy uprzątnęli scenę, testowali gitary, perkusje itd. Aż nagle tak niepozornie z głośników poleciało „Doctor, doctor” Większość publiki wiedziała już co się za chwile miało wydarzyć. Kiedy ten utwór się skończył technicy szybko zdjęli czarne płachty zasłaniające dekoracje, zgasły światła i usłyszeliśmy upragnione „Woe to you on earth and sea…” Zaczął się show, show którego nigdy nie zapomnę, który będę opowiadał swoim wnukom. Nie umniejszam tutaj znaczenia koncertu katowickiego, bo był on ważniejszy dla mnie oczywiście, ale tutaj mogłem przeżyć to wszystko świadomie, odebrać całą energie tego wydarzenia bez „zakłóceń” w postaci koniecznej walki o utrzymanie pozycji. W tym miejscu dodam, że miałem flage polską o wymiarach 110x60 z napisem „Iron Maiden, Gliwice-Poland”. Cały czas machałem nią wyśpiewując wszystkie teksty z Brucem. Wszystko odbyło się podobnie jak w Polsce, Eddie również wychodził na Clairvoyancie, fani wyszli na scenie podczas Heaven Can Wait (jeden z nich też miał aparat, ale niestety Bruce go nie zauważył, dlatego, gość, któremu Bruce zrobił zdjęcie w Polsce jest naprawdę szczęśliwym człowiekiem). W przerwach utworów Bruce mówił całkiem, co innego niż u nas. Nie zapamiętałem oczywiście wszystkiego, ale kiedy zapowiadał Wildest Dreams mówił, że ktoś nagrał bootlega na którymś z koncertów, ale oni nie mają nic przeciwko temu („…but it’s Okay”), bo wiedzą, że jeżeli ktoś ma kupić płyte to i tak ją kupi! Zapowiedz Clansmana zaczęła się niepozornie – Bruce wymienił rodzaje Metalu („We have heavy metal, black metal, speed metal, doom metal, death metal, we also have nu-metal) Powiedzał, że oni nie szufladkują, każdy powinien tworzyć to czego naprawde chce. Coś tam jeszcze było o MTV (nic pozytywnego na szczęśćie) i na końcu – „You bought us here tonight, so we play! This is song called The Clansman” W międzyczasie Dickinson wspinał się na szczyt rusztowania a później zjeżdżał zakleszczając się nogami. Na Bring Your Daughter tradycyjnie było „singing competition” i Bruce dał dowód na to jak potężne ma płuca – śpiew na jednym wdechu przez 1,5min. Dodatkowo robił różne śmieszne miny i dał publiczności szanse do wykazania się. Na koniec standardowo rzucano kostkami, pałkami, a Bruce rzucił opaski z nadgarstków do wycierania potu.
Ten koncert był dla mnie wyjątkowy i jeden z najlepszych w życiu, jakie widziałem, jedno wiem na pewno – zawsze będę jeździł do Czech na koncerty Iron Maiden.

SCREAM FOR ME ZLIN!