2003-10-19 Debrecen, Węgry Phoenix Hall

Trasa: Dance Of Death World Tour 2003-2004

Autor: Caleb

Bardzo się ucieszyłem, kiedy dowiedziałem się, że Dance of Death Tour rozpoczyna się w Pradze. I tak zamierzałem tam jechać na koncert Maiden, a tu się okazuje, że będzie mi dane zobaczyć tak wyjątkowy gig. Jednak później, w ostatniej chwili dodano na przód trasy Debrecen – miasto na Węgrzech, niedaleko Budapestu. Będąc świadomym tego, że uczestniczenie w 2 koncertach Maiden na jednej trasie (Praga, Wrocław) to zdecydowanie za mało, postanowiłem pojechać do Debrecena. Koncerty w Pradze i Deberecenie odbywały się z 2-dniową przerwą, dlatego nie było sensu, żebym wracał do Polski po jednym, i zaraz jechał na drugi, zwłaszcza, że jechałem pociągiem. Bilety kupiłem już dużo wcześniej w sklepach internetowych, dlatego nie musiałem się już martwić ich zdobywaniem na miejscu.

Z Gliwic wyjechałem 18 października, dostałem się do Krakowa, a stamtąd już bezpośrednio do Debrecena. Bez problemów się nie obeszło, bo musiałem dać łapówę kanarowi za nie posiadanie przejściówki granicznej. Jednak następnego dnia przed południem byłem już na miejscu przeznaczenia. Korzystając z okazji powiem coś ogólnie o Węgrach: jak wiadomo ich język nie jest podobny do żadnego normalnego, a osoby znające angielski są bardzo żadko spotykane. Jest to szczególnie uciążliwe gdy chce się czegoś dowiedzieć na informacji lub kupić bilet. Poza tym życie zamiera tam po godzinie 22. Nie narzekam wcale na to, że nie ma żadnych knajp, do których możnaby wstąpić czy innych przyjemności. Bardziej irytujące jest to, że oni zamykają na noc kasy biletowe, informacje i przechowalnie bagażu! Co prawda nie jeżdżą w tym czasie żadne pociągi, ale kiedy wróciłem mokry z koncertu i chciałem się przebrać to musiałem sobie marznąć 4 godziny i czekać aż pani szanownie raczy oddać mi plecak. Tyle o Węgrzech, teraz coś bardziej na temat – w promieniu 100 kilometrów od Debrecena można już było zauważyć czarne postacie w skórach i koszulkach Iron Maiden, co bardzo cieszy każdego fana, w tym mnie również. Na dworcu stanowili oni już 90% populacji, a w mieście gdzie nie popatrzyć spoglądał na mnie Eddie.

Koncert miał odbyć się w hali Fonix Csarnok, znajdującej się na obrzeżach miasta. Obiekt okazał się całkiem spory i idealny na koncert Dziewicy. Przyszedłem tam około godziny 16 (show miał ropzocząć się o 20) i ku mojemu zdziwieniu zastałem bardzo niewielu fanów, a na dodatek można było jeszcze kupić bilety! W przedsionku, w którym mieściła się kasa były szklane drzwi, przez które widać było całą hale, w tym scene i technicznych pracujących tam i testujących sprzęt. A więc powierzchowne dekoracje znałem już przed czasem. Mało tego, możliwe, że byłem jednym z kilku fanów na świecie, którzy pierwsi ujrzeli (oczywiście nie licząc techniki) dekoracje Dance of Death.

I’M WAITING IN MY COLD CELL, czyli oczekiwanie na Maiden

Po upływie kolejnych 2 godzin, kiedy fanów było już znacznie więcej i zaczął robić się ścisk, ochrona kazała się wycofać, aby przedsionek służył niejako za bramkę. Przed wejściem w takim układzie stałem jakieś pół godziny, oczywiście trzymając się klamki, jak to mam w zwyczaju. Kiedy otworzyłem drzwi, bardzo szybko się przepchałem, dałem się przeszukać i pierwszy raz w życiu udało mi się wbiec sprintem na halę jako pierwszy z cywilów. Standardowo zająłem środkowe miejsce pod sceną i tak już zostało do końca.

Trochę o publiczności: Węgrzy okazali się znacznie bardziej aktywni niż Czesi, ale nie całkiem w sposób pozytywny. Były przypadki, kiedy niektóre gnojki z tylnych rzędów pluły do przodu i nic im się nie działo, aż jakaś zbłąkana mela obrała sobie za cel twarz ochroniarza. Wtedy trzech pakerów zaczęło wyciągać owego gnojka, (do którego ta mela należała) z tłumu. Naprawdę wielką przyjemność sprawił mi widok jego mordy. Szczerze powiedziawszy nie wiem czy on chciał wtedy srać, czy płakać, a może jedno i drugie? To już pozostanie tajemnicą. Poza tym był taki jeden koleś, wysoki, dobrze zbudowany, który stał za mną. Cały czas wrzeszczał, bo chyba nic innego nie potrafił. Z tymże to wrzeszczenie to nie były okrzyki radości, które są dla mnie jak najbardziej zrozumiałe, a on po prostu darł pysk tak jak zatrzymał się w rozwoju intelektualnym na poziomie noworodka. Zawsze w swoich relacjach poruszam kwestie ochrony. Tak teraz nie będzie inaczej.

O OCHRONIE

Ochrona była oczywiście lepsza niż nasza żółta, poska, ale niestety odznaczała się głupotą wielką (albo tak im kazano) gdyż nie pozwalali pić swoich własnych napojów z plastikowych butelek. Takie przepisy są dla mnie idiotyczne, a jeżeli już są to mogliby nie sprzedawać w butelkach na terenie hali.

KILKA SŁÓW O SUPPORCIE

Tak jak podała oficjalna, supportem dla Maiden 19 października była niemiecka formacja heavy/power metalowa – Gamma Ray. Nie znam ich dokonań na szerszą skalę, ale słuchałem kilku utworów i mogę śmiało powiedzieć, że są świetne. Na scenie pokazali, na co ich stać na żywo. Koncert był bardzo energiczny, z dużym zaangażowaniem publiczności, a przede wszystkim muzyków. Bardzo chciałbym pójść na ich koncert, ale nie wtedy, kiedy sąsupportem, bo tym razem oszczędzałem siły na Iron Maiden. A poza tym: zawsze byłem przeciwnikiem supportów. Uważam, że jest to całkowicie niepotrzebne i męczące. Szczególnie, kiedy na płycie panuje piekło.

MAIDEN, MAIDEN, MAIDEN!!!

Kiedy Gamma Ray zszedł, techniczni szybko usunęli ze sceny ich sprzęt i już tylko chwile dzieliły mnie od tego heavy-metalowego misterium, które miałem przeżyć trzeci raz w życiu, ale tym razem w całkiem innej formie. Tym razem nie puścili na początek Doctor, Doctor zespołu UFO, i nie wiem, dlaczego, ale podejrzewam, że zapomnieli albo zgubili płytke. Potem było już intro właściwe, ale nie jestem w stanie powiedzieć skąd ono pochodzi. Zaczął się show, wszyscy muzycy wbiegli na scene z niesamowitą energią, szczególnie Steve, biegał i miotał się na scenie jak nigdy. Wildest Dreams – bo ten utwór był otwieraczem, chociaż uważam, że jest słaby w porównaniu do innych na nowej płycie rozbroił mnie całkowicie. Potem jak młot uderzył mnie kawałek Can I play with Madness z płyty Seventh Son of A Seventh Son. Tak jak za poprzedniej trasy tapety zmieniały się z tyłu. Cała scena była stylizowana na zamek (prawdopodobnie chodziło o Montsegur) Z prawej i lewej strony były wieże, w których bramach stały śmierci z kosami. Nie były to tylko namalowane na tkaninie rysunki, ale specjalnie przygotowane kukły. Bruce nareszcie wystąpił w innym ubraniu. Miał coś w rodzaju kamizelki. Była cała czarna z normalnego materiału i ze skórzanymi zakończeniami. Spodnie miał bordowe z ponaczepianymi paskami z czarnej tkaniny. Dave wyglądał tak samo jak ostatnio tylko koszulkę miał z Eddiem z Wildest Dreams. Janick wystąpił w koszulce Danc of Death. Stefan w takich samych spodniach jak ostatnio, tylko koszulke miał sportową z Eddiem i napisaem „Visions of The Beast”. Nicko w czepeczce i lennonkach i koszulce Premiere’a. Adrian w skórzanych spodniach i kamizelce. Po Can I play with Madness w którym według moich przypuszczeń zawalili mikserzy, bo prawie wcale Bruce nie był słyszalny w pierwszych rzędach, nastąpił The Trooper, utwór bardzo dobrze wszystkim znany i lubiany, wykonanie takie samo jak zawsze (machanie flagami). Później Bruce przywitał wszystkich, powiedział, że to pierwszy koncert i zakończył słowami –„Welcome to the World of Dance of Death” Rozpoczął się tytułowy kawałek z nowej płyty. Bruce usiadł na krześle na lewym skrzydle sceny w charakterystycznej masce widocznej w booklecie i zaczął śpiewać. W czasie solówek zszedł za scenę i pojawił się w płaszczu śmierci z wielkim kapturem. Śpiewał tak dość długo, a potem zaczął się obkręcać przez dość długi czas na środku sceny co stworzyło ciekawy efekt tańczącej śmierci. Nie byłem w stanie zapamiętać kolejności piosenek, dlatego opisuje je od tej poty w przypadkowej kolejności.

Dla odmiany Ironi zaprezentowali nam coś z czasów Blaze’a – Lord Of The Flies. Trzeba jednak przyznać, że ta piosenka lepiej brzmi w wykonaniu Blaze’a aniżeli Bruce’a. A zaraz potem powtórka z poprzedniej płyty studyjnej czyli Brave New World. Podczas tego utworu Nicko wygłupiał się ze swoją perkusją, a „oooo-oooooo” publiczności wyszło całkiem nieźle. Instrumenty Nicko McBraina były dobrane specjalne na okazje, na bębnach były widoczne motywy z nowej płyty. Paschendale – w moim mniemaniu najlepsza pozycja z nowego materiału, na szczęśćie została zagrana i to we wspaniałej oprawie. Kiedy światła były zgaszone zakapturzone postacie przyniosły na podest na scenie druty kolczaste i położyli na nich manekiny które miały „udawać” żołnierzy poległych w Paschendale. Z tyłu na tapecie pojawił się obraz przedstawijący pole bitwy. Gdy już wszystko było ustawione na druty kolczaste nabił się Bruce Dickonson w płaszczu i hełmie żołnierza. No i oczywiście zaśpiewał w tej pozycji intro do tej genialnej piosenki. Potem jeszcze dużo biegał i machał wspomnianym hełmem. Publika przyjęła Paschendale chłodno i ospale, co świadczy o tym, że Węgrzy mało znają nową płytę. Rainmaker – to kawałek, który według mnie powidnien być otwieraczem został zagrany świetnie. Nie było w tym czasie żadnych „fajerwerków”. Podczas zapowiadania tej piosenki Bruce się pomylił i powiedział, że będzie Hallowed. Brzmiało to mniej więcej tak: „Now we will play Hallowed Be Thy Name... Nah, I’m just joking, there’s no Hallowed... or maybe we will play it later”. Możliwe też, że to było zaplanowane, ja jednak skłaniałbym się do tej pierwszej możliwości. Fear of The Dark – utwór rozpoczęty tym razem bez żadnych zapowiedzi, nad czym ubolewam, bo one zawsze dodają klimatu. Hallowed Be Thy Name – a jednak zagrali, utwór został świetnie przyjęty i odśpiewany wraz z publicznością. No More Lies – w czasie trwania tej piosenki na scene wszedł Eddie, tym razem ucharakteryzowany na śmierć, ale nie miał kosy. Podroczył się trochę z Janickiem i Adrianem i poszedł sobie. Iron Maiden – formalne zakończenie, widać było, że to już publiczność zna. Pod koniec Bruce wskazywał palcem, kogo dostanie żelazna panna (Iron Maiden gonna get you and you..) miał do tego zadania dobrego pomocnika – ogromnego Eddiego wiszącego w miejscu tapety z kosą, który wskazywał tych samych ludzi, co Bruce, a może na odwrót :) Na zakończenie wydarzyła się rzecz niesamowita – rzuciłem Bruce’owi moja flagę polską z wyszytymi literami „Iron Maiden Gliwice Poland” i on ją złapał i zabrał ze sobą!

Jak zawsze wrócili na bisy. Ale tym razem było troche inaczej – na scenie ustawiono 3 krzesła i gitary akustyczne. Widziałem już co to będzie – Journeyman. Również zagrany genialnie. Właściwie to mój komentarz jest zbędny, bo wiadomo, że wszystko tutaj jest genialne. The Number of The Beast – zdziwił mnie początek, bo intra nie mówił głos z płyty, tylko Bruce, i co mnie przygnębiło on się za bardzo spieszył i jego ton głosu był najzwyklej w świecie olewczy. Ale do wykonania piosenki nie można mieć zastrzeżeń – perfekcja. Na Słowa six six six wybuchały sztuczne ognie – coś pięknego. Zakończenie czyli jak zawsze – Run To The Hills nie muszę opisywać. Chociaż nie miałem już prawie wogóle sił i sucho w gardle to wywrzeszałem każde słowo.

Podsumaowując: Było kilka nieznaczących wpadek gitarzystów, o których nawet nie wspominałem, bo są tak małe. Zmieniłbym i to dość mocno setlist. Przede wszystkim brakuje mi New Frontier-a (przecież to pierwsza piosenka autorstwa Nicka, byłem pewny, że ją zagrają), Montsegur-a i Wicker Mana, a zamiast Journeymana wolałbym Face in The Sand. A co do Heaven Can Wait – ten utwór obowiązkowo powinien wejść do stałego repertuaru. Poza tym Bruce mało mówił do publiki, a zawsze przecież jest taki wygadany, dużo żartuje. Teraz tego nie było. Szkoda. No i najważniejsze – nie uświadczyłem tzw singing competition. Ale mam nadzieję, że na następnych koncertach to się zmieni. Dowiem się tego już za dwa dni w Pradze, bo pisze tą relacje w przerwie między-koncertowej czekając na pociąg właśnie do Pragi.