2003-10-22 Praga, Czechy T-Mobile Arena

Trasa: Dance Of Death World Tour 2003-2004

Autor: Caleb

Po koncercie, w Debrecenie pojechałem do Koszyc, a stamtąd sypialnym do Pragi, gdzie znalazłem się rano. Był to 21 października, dlatego miałem 1,5 dnia od koncertu. Znalazłem camping, co nie zajęło mi dużo czasu, bo znam troszke miasto, rozbiłem namiot i poszedłem do miasta. Nie włóczyłem się po Pradze bez celu, bo chciałem znaleźć sklep z flagami i kupić Polską, bo tą, co miałem rzuciłem Bruce’owi w Debrecenie. Poza tym chciałem znaleźć w jakimś sklepie muzycznym plakat reklamujący nowy Tour. Niestety ani tego pierwszego ani tego drugiego nie udało mi się załatwić. Za to poszedłem sobie na Smażeny Syr i Pilsner Urquell. Bardzo polecam to piwo, chociaż w Pradze można napić się lepszych. Dodatkowo gdzieś w centrum zobaczyłem telebim, na którym wyświetlano reklamy. Ale nie takie zwykłe, bo były to reklamy koncertów, a więc między innymi jutrzejszego koncertu Maiden! Naprawdę miło jest coś takiego zobaczyć. Kiedy wróciłem do swojego namiociku okazało się, że nie jest aż tak ciepło jak myślałem, że będzie. Śpiwór, który rzekomo jest przeznaczony do 0 stopni się nie sprawdził. Ale ubranie 2 bluz, kurtki i 2 par spodni rozwiązało problem i dało się wytrzymać noc. Rano udałem się na hale. Nie było jeszcze żadnych tirów, więc okrążyłem budynek, bo myślałem, że są gdzieś z tyłu. Ale nie było ich jeszcze. Natomiast przez szybę zobaczyłem, że rusztowania sceny już stoją. Są dwie możliwości: 1 – scena przyjechała w nocy z Banskiej i już ją kończyli budować (byłem tak około 9 rano) 2 – są 2 zestawy i ta możliwość jest bardziej prawdopodobna. Tylne drzwi były otwarte, nikogo tam nie było, więc najzwyczajniej sobie wszedłem i patrzyłem jak budują scene! Stałem tam chwile, zrobiłem zdjęcia i wyszedłem. Wróciłem za jakieś 2 godziny i pod halą stały już tiry i obsługa zaczęła wyładowywać sprzęt. Była tego naprawdę ogromna ilość. W jednym tirze mieście sie ze 100 wielkich skrzyń. Obsługi było około 20 osób. I naprawdę tego sprzętu było tak wiele, że kolesie muszą mieć wszystko opanowane do perfekcji, ze potrafią to wszystko złożyć w jeden dzień. Potem próbowałem jeszcze raz wejść do środka, ale już mnie wtedy wygonili.

Na koncert przyszedłem o 17. Bramy miały zostać otworzone o 20, a więc 3 godziny wcześniej. Pod bramkami stało już około 100 osób, ale nie było ścisku, dlatego z łatwością przepchałem się na sam przód. I tak sobie stałem. Miło było usłyszeć wołania zespołu. Dodatkowo, aby umilić sobie czas niektórzy śpiewali hity Ozzy’ego takie jak Mamma, I’m Coming Home. Było w tym czasie dość zimno, dlatego wziąłem kurtke i bluze poza standardowym ubiorem. Przez szybę widać było wieszaki i myślałem, że będzie sie dało skorzystać z szatni, jednak nic z tego. Te wieszaki tam były tylko dla zmylenia przeciwnika. Jak zwykle zaczęli wpuszczać o 19 czyli godzinę wcześniej. Ku mojemu zdziwieniu i przerażeniu, nie wszedłem pierwszy na hale, mało tego, wszedłem bardzo późno, kiedy około 50 fanów przebiła się do płotków! Moje wartości i przekonania o tym, że w Czechach zawsze bez problemu dostane się pod płotek i nie będe stał w ścisku legły w gruzach, byłem zdesperowany. Jednak, co Zlin to nie Praga. Tym razem było więcej zapaleńców i Polaków. Moja desperacja nie trwała jednak długo. Po chwili rozpoznawania i oceniania sytuacji znajdowałem się w trzecim rzędzie po prawej stronie sceny, można by powiedzieć, że przed Janickiem. Podałem ochroniarzowi kurtkę, a on położył ją pod płotkiem, tak jak należy.

Scena, jak zwykle była przykryta czarnymi płachtami, ale najgorsze jest znowu to, że w T-Mobile Arenie przeklęty sufit jest tak nisko, że połowa dekoracji chowa się za Nickiem. Tak samo było w Zlinie. Ale później to nie przeszkadza. Nie zwraca się specjalnie uwagi na te tapety. A Eddie z kosą był widoczny cały więc nie odjęło to wiele uroku występowi. No ale po kolei. Przed występem supportu czyli znowu Gamma Ray, przynieśli wode, za co serdeczne Bóg zapłać, bo potem już nie chciało się tak pić. Gamma Ray zaczął się punktualnie o 20, przez pomachanie latarką sympatycznego pana technika do obsługi przy stole mikserskim. Światła zgasły a atmosfera w T-Mobile znacznie się ogrzała. Niemcy zaprezentowali taki sam set jak w Debrecenie, tylko w innej kolejności, a na koniec dodali jeszcze cover Helloween – „I want Out” Publika przyjęła ich występ bardzo dobrze, szczególnie dobrze wszyscy bawili się przy Heavy Metal Universe, kiedy Kai Hansen poprosił abyśmy te słowa właśnie właśnie wykrzyczeli. Długo jedank nie pograli, bo tylko 45 minut. Potem nastąpiła przerwa, podczas której techniczni nerwowo testowali sprzęt Maiden i wynosili sprzęt GR. Wśród ustawiających się na fosie fotografów ujrzałem Rossa Halfina – wieloletniego fotografa Maiden. To on właśnie robił wszystkie zdjęcia na sesjach, czy na koncertach, które możecie podziwiać.

O godzinie 21:15 z głośników poleciał utwór zespołu UFO – Doctor, Doctor. Tak, to była ta magiczna chwila, która zwiastowała nadejście koncertu. Wywrzeszczałem każde słowo, tak jak inni fani obecni tego dnia w Pradze. Kto nie był nigdy na koncercie, to mogę zapewnić, że w takich momentach emocje sięgają zenitu. Pod koniec tej piosenki zgasły światła i opadły czarne płachty. Poleciało intro – „O fortuna” Carla Orffa. Jako, że znowu stałem z przodu widziałem już gryfy wystające zza zasłon gitar. I znowu się zaczęło!!! „I’m gonna organise some changes in my life. I’m exorcise the deamons of my past” – to znane już wszystkim słowa Wildest Dreams, który był otwieraczem. Po nim Ironi mnie bardzo zaskoczyli Wratchild’em. W Debrecenie go nie było, a w Pradze tak i to świetnie zagrany. Na tapecie były wrota zamku. Potem już normalnie – Can I play with Madness. Niestety znowu słabo słyszałem, co Bruce śpiewa. To chyba jakieś fatum, bo we wszystkich innych utworach jest nieskazitelnie czysty dźwięk. Janick, który stał metr przede mną zaczynał się już rozgrzewać i wykonywać swoje akrobacje z gitarą. Kiedy Wally Groove przechodził fosą zatrzymałem go aby przybił mi piątke i tak też zrobił! To jest wzór najlepszego ochroniarza - zawsze wesoły, traktujący fanów jak przyjaciół, a nie jak swoich wrogów jak te żółte drechy z Polski. The Trooper – nie wymaga opisu – „You take my life, but I take your’s too...” Dance of Death – tytułowy utwór został rozpoczęty wierszem puszczonym z taśmy. Wiersza tego nie ma na płycie. Później Bruce znowu, tak jak to było w Debrecenie, usiadł na krześle po prawej stronie sceny i zaczął śpiewać intro. Następnie schował się za scenę i znów pojawił w płaszczu śmierci i rozpoczął swój taniec. Potem nadszedł Rainmaker. Ja nie wiem jak inni, ale w tym momencie proponowałbym Bruce’owi pobawić się w Ozzy’ego. Brave New World – coś niebywałego zdarzyło się podczas tego kawałka. Janick Gers jak zwykle wymachiwał swoim wiosłem, a w pewnym momencie usiadł tak, że nogi mu zwisały ze sceny. Pomimo błagań Wally’ego o wycofanie, Jan nie ustąpił. Siedział tak przez jakiś czas i dość mocno się wtedy wychylał. Naprawde się wtedy starałem, wyciągałem, aby dotknąć jego gitary – i wiecie co? Udało mi się! I to dwukrotnie Najpierw tylko czubkiem palca końca gryfu, a potem już całą ręką zakończenia gryfu razem z pokrętłami do strojenia. Po zrobieniu tego było widać po mnie, że osiągnąłem to czego chciałem, na co Janick się uśmiechnął do mnie. To doprawdy wielkie przeżycie, tym bardziej kiedy się stoi całkiem z przodu. Niektórzy mnie nie rozumieją. Uważają, że nie ma różnicy między staniem w trzecim, drugim, a pierwszym rzędem. To błąd. Z całą pewnością wszyscy, którzy tak twierdzą nigdy nie stali z przodu. Wtedy ma się wrażenie, że koncert jest grany tylko dla ciebie. Widzisz wszystko dokładnie i nikt wyższy nie zasłania, ani nie zakłóca energii płynącej ze sceny. Paschendale – rozpoczęte wierszem Olfreda Owena – „Anthem for Doomed Youth”. Bruce pojawił się w swoim płaszczu i hełmie, ale biegał i śpiewał w zupełnie innych miejscach niż w Debrecenie. Potem był Lord of The Flies, No more Lies (ku mojemu zaskoczeniu nie wyszedł w tym miejscu Eddie), Hallowed Be Thy Name. Tym razem nie było pomyłek z zapowiadaniem Hallowed’a. Następnie przyszła pora na rarytasik. Zapowiedź do tej piosenki wyglądała tak: Bruce usiadł na swoim odsłuchu, wszystkie światła zgasły i pojawiła się tylko jedna struga białego światła skierowana właśnie na wokaliste, który powiedział – „A light” publiczność wręcz odwrzeszczała – „In the black” Bruce zripostował to śmiechem „hahahaha – Fear of The Dark” Od Give Me Ed Till I’m Dead Tour Bruce rzuca akcent na Fear, a nie The Dark jak to miało miejsce na Brave New World Tour w Rio de Janeiro. Taka zapowiedź jest idealna i tego właśnie brakowało mi na Węgrzech. „Scream for Me Prague, Scream for Me Prague” to słowa zwiastujące tylko jedno – Iron Maiden i koniec gigu jednocześnie. Na koniec znowu wyjechał Eddie z kosą i wskazujący palcem. Bałem się, że nie będzie go widać, ze względu na małą wysokość sceny, ale na szczęście był cały widoczny. Bruce na początku się trochę nie zgrał z Eddiem i pokazywał nie całkiem w tym kierunku, w którym powinien. Zabawnie to wyglądało. Pod koniec oczywiście wszyscy wyczyniali cuda ze swoimi wiosłami, a szczególnie Jan, który od tego czasu stał się moim ulubionym gitarzystą. Wiem, że pod względem technicznym jest on w zespole najsłabszy. Ale dla mnie liczy się jeszcze charakter, poczucie humoru, poświęcenie dla fanów i choreografia. W tym Janick bije pozostałych na głowe. Zacząłem się ustawiać do łapania pałek, kostek i innego stuffu. Niestety nic nie złapałem tym razem znowu. Kapela zeszła ze sceny, zgasły światła, a publiczność zaczęła niesamowicie wrzeszczeć. Takiego czegoś nie można usłyszeć na żadnym stadionie, naprawdę, wiem, co mówie.

Po chwili naturalnie wrócili, usiedli na krzesełkach ze swoimi akustykami, a Bruce z ręczniczkiem zawieszonym na szyi i herbatką lub kawą w plastikowym kubeczku (nie wiem co to było dokładnie, bo nie widziałem z góry). Wydaje mi sie to troszkę przegięciem. Nie mógł on sobie tego dopić za sceną tylko tak włazić z tym. No, ale nie ważne, bo tylko opowiedział historie powstawania Journeymana i zaraz się tego pozbył. Mówił, że Jorurneyman powstał na sesjach jammowych w Kanadzie i jest praktycznie o wszystkim, o podróży, o życiu, a przede wszystkim o nich. Ta podróż rozpoczęła się ponad 20 lat temu i potrwa jeszcze z pewnością długo. Kiedy słyszałem ten utwór po raz drugi na żywo to naprawdę mi się spodobał jeszcze bardziej. To naprawdę piękna ballada tylko trzeba odpowiednio do niej podejść. „I know what I want, I’ll say what I want, and no one can take it away...” Potem nastąpił The Number of The Beast – jeden z moich ulubionych kawałków. Mam nadzieję, że tak długo jak Ironi bedą istnieć, tak długo Number będzie grany. I tutaj właśnie pojawił się Eddie na scenie. Bałem się, że wogóle nie przyjdzie. Ale widocznie uznano, że na 666 Eddie zaprezentuje się lepiej. Run To The Hills – to już tradycja, grany zawsze na końcu, przez wszystkich chyba najbardziej oczekiwany utwór nie mógł nie zostać tego wieczoru nie zagrany. Tapeta z satanistycznego Eddiego, zmieniła się na „biegnącą na wzgórza” Pod koniec znowu – akrobacje z wiosłami. Janick zaczął biegnąć w miejscu, a potem położył swoje wiosło na ziemi i zaczął grać butem, następnie standardowo podrzucił swoją gitare na 2 metry do góry. I jeszcze jak stał na swoim miejscu to droczył się z publicznością przymierzając się do rzucenia gitary. Przez ułamek sekundy uwierzyłem, że naprawdę rzucił, ale kiedy leciała, to w ostatniej chwili złapał ją za pasek. Potem nastąpiła kolejna niespodzianka. Na scenie pojawił się Ross Halfin i Bruce powiedział, że teraz zrobimy sobie fotkę. Była ona taka sama jak w Rio. Też było odliczanie do trzech, ale tutaj nie było potrzeby robić tego dwa razy, bo wszyscy zaskoczyli za pierwszym razem. Bruce powiedział, żebyśmy uważali, bo to zdjęcie może się znaleźć na jakimś wydawnictwie promującym Dance of Death tour! Za chwile już zeszli, a Nicko zrobił „samolot” przez całą długość sceny, zatrzymał się przy mikrofonie Steve’a i powiedział coś w rodzaju „UPS” i wybiegł.

Kiedy wychodziłem, wspinając się coraz wyżej po trybunach, zobaczyłem scenę z góry i okazało się, że podłoga jest taka sama jak nadruk na płycie Dance of Death. Koncert naprawdę świetny, o wiele lepszy od tego na Węgrzech. Widać, że tutaj już nie było prawie żadnych wpadek, wszystko zostało przećwiczone w praktyce na dwóch poprzednich gigach. Niestety znów nie było singing competition i pewnie w Polsce też nie będzie. Był to mój czwarty koncert Maiden i powiem tylko jedno – chce więcej!