2003-11-28 Wrocław Hala Ludowa

Trasa: Dance Of Death World Tour 2003-2004

Autor: Caleb

Na kilka dni przed 7 listopada – planowaną datą odbycia się koncertu do mediów dotarła informacja o chorobie Bruce’a Dickinsona. Podczas koncertów przeziębił się i konieczne było odwołanie koncertu w Rotterdamie, Helsinkach i niestety we Wrocławiu. Przez jakiś czas snuły się spekulacje, czy może koncert zostanie przeniesiony do katowickiego Spodka, oraz kiedy się odbędzie. W końcu jednak okazało się, że Ironi odwiedzą nasz kraj 28 listopada 2003 w Hali Ludowej we Wrocławiu.

Tak, więc przyjechałem w piątek do Wrocławia o godzinie 11, aby mieć dużo czasu na pójście do knajpy i na rozdanie ulotek informujących informujących akcji „Maiden klap klap klap Maiden” organizowanej przez Polski Fanklub – Sanktuarium. O samej akcji więcej napisze później. O 14 byłem już pod Halą Ludową, która mieści około 6000 ludzi i posiada rewelacyjną akustykę, znacznie lepszą niż Spodek. Można było spotkać małe grupki fanów, których ciągle przybywało. O 15 czyli godzine przed planowanym otwarciem stanąłem przed wejściem. Napiecie wśród fanów wzrastało, po chwili przyszła kobieta z mikrofonem nagrać wywiad do radia. Fani stojący koło mnie odśpiewali kawałek FOTD i odpowiadali na jakieś pytania. Kiedy nadeszła godzina 16 był już spory tłum pod halą i zaczęły się okrzyki pochwalne skierowane do organizatorów organizatorów ochroniarzy, którzy do 17 nie otworzyli. Były to rozmaite hasła typu: „Kurwa mać, ile mamy stać”, „Balcerowicz musi odejść!” „jebać łysych” (na ochrone), „Mystic - chuj”. Aby rozweselić atmosfere skandowaliśmy także: „Anna Maria Jopek”, „Ich Troje” (propos koncertu tejże kapeli, który miał się odbyć w dniu następnym, o czym dowiedziałem się z plakatów), „Spice girls” itp. Śpiewaliśmy także „mydełko Fa”. Wreszcie po długiej walce, w której zwycięstwem było miejsce w szatni, a także dla niektórych przed sceną – otworzono drzwi. Przedtem stłuczono kilka szyb. Przeszukiwanie odbyło się sprawnie, jak zwykle zabierali wszelkie napoje. Szatnia była porażką, bo mieściła na oko 1000 miejsc, no ale ja się załapałem, bo wszedłem z pierwszą 50. Po oddaniu rzeczy z radosnym wrzaskiem „Maiden, Maiden” pobiegłem przez korytarz prowadzący na hale. Pokazałem ochronie bilet, dzięki temu zostałem wpuszczony na płyte. Niektórzy zostawili bilet w szatni, przez co na miejsce przy barierkach się już nie załapali. Ja jak zwykle miałem to szczęście. Od razu wbiegłem i złapałem płotek. Pierwszy widok, jaki ujrzałem na scenie to Piotrek Luczyk stojący przede mną, strojący swoją gitarę. Naturalnie zaczałem krzyczeć „Piotrek, Piotrek” Pokiwał mi głową i się uśmiechnął. Potem jeszcze zobaczyłem Faziego, którego dażę szczególną sympatią, ponieważ to on pochwalił mój skromny serwis, a do tego jest naprawde zabawnym człowiekiem. Na moje skandowanie pokazał kciuk uniesiony do góry. Kiedy stałem sobie oczekując na pierwszy suport, spotkałem kolegę z Fanklubu (pozdr. Zeratull) Pierwszą kapelą supportującą był brytyjski Funeral For A Friend. Widać, że chłopcy się mocno starali. Na scenie było dużo ruchu, ale nie wywołali żadnego zainteresowania wśród publiki, ponieważ grali numetal. Na szczęście szybko zeszli. Po krótkiej technicznej przerwie przyszedł czas na Frontside – grupa z Sosnowca grająca coś, co nazywa się „death-core”. Wokalista jest doprawdy pocieszny. Jest to wytatuowany paker w krótkich spodniach, adidasach i białych skarpetkach z czapką na głowie. Zanim jeszcze zaczęli grać zaczął rozgrzewać publikę różnymi śmiesznymi ruchami i minami. Intro do ich występu to nagrane na taśme bicie brawa. Dziwnie się poczułem, bo wszyscy stali sztywno, a tu brawa. Koleś pokrzyczał sobie „Wrocław, napierdalać” i temu podobne teksty. Pod koniec występu zszedł do fosy poprzybijać piątki. Musze powiedzieć, że muzyka, którą wykonują jest beznadziejna, ale ten koleś jest naprawdę sympatyczny. I wreszcie nadeszła pora na legende polskiego metalu, zespół, który dla nikogo nie może pozostać obojętny – Kat. Jest sytuacją niebywałą i unikatową, aby zobaczyć jednego wieczoru dwie ulubione kapele – mnie się to udało. Kat podczas swojego 1,5 godzinnego występu zaprezentował wiele znanych kawałków jak: Wierze, Wyrocznia, Morderca, Oczy słońć, Płaszcz skrytobójcy, Śpisz jak kamień, Łza dla cieniów minionych. Zespół brzmiał naprawdę świetnie. Niestety nie było tym razem Valdiego Modera, który to podczas ostatniej trasy – „somewhere In Poland” zastępował Piotrka Regulskiego, który zabił się w wypadku. Nie wiem jak rozłożyli partie gitarowe, ale wyszło pięknie. Roman dużo żartował, np mówił „Ponieważ Piotr zmienia gitare, mam przyjemny obowiązek Was zabawić w tym czasie, powtarzajcie za mną: Lepiej w knajpie imprezowa, niż w chałupie wykorkować” Potem było jeszcze: „Niech spadają wszyscy święci, bo nas tylko metal kręci”. Dodatkowo, co było ogromnym zaskoczeniem Roman zachęcił nas do zaśpiewania hymnu polskiego, co skomentował: „ No, jak widać w Polsce mamy najbardziej patriotycznych metali”. Nie mogło zabraknąć tradycyjnego przywitania: „Cześć, jak wsze gardła” Zostało także zaśpiewane sto lat. Podczas tego występu Kat nagrywał swoje DVD. Byłem wielokrotnie filmowany, a więc może dostąpie zaszczytu pojawienia się na pierwszym oficjalnym DVD Kata. Pod koniec występu, Roman zszedł do fosy i przybijał wszystkim piątki. Koncert ten, chociaż krótki, był niezwykle żywiołowy i zagrany naprawdę z sercem i oddaniem dla fanów. Szkoda tylko, że Romek nie założył płaszcza, kiedy śpiewał „płaszcz skrytobójcy”.

Kiedy Kat zszedł ze sceny, czekało nas już tylko jedno – Iron Maiden. Adrenalina zwiększała się, kiedy techniczni porządkowali scene i testowali sprzęt, jak to zawsze bywa przed koncertem. Wreszcie, tak jak było zaplanowane o 21 z głośników poleciał: Doctor, Doctor Spora część publiczności wiedziała, że ta piosenka zwiastuje początek koncertu, dlatego płyta błyskawicznie się zapełniła. Światła zgasły, opadły czarne płachty, i puszczono główne intro. Wtedy wszedł Nick i robił różne śmieszne miny oraz machał zza swojego wielkiego zestawu perskusyjnego. Widziałem już gryfy gitar Stefana i Janicka kiedy jeszcze stali za sceną. I nagle wszystko zaczęło się od początku – Wildest Dreams. Jak zawsze, zagrali niezwykle żywiołowo. Harris biegał po całej scenie i skakał. Ja też pomimo zmęczenia czynnie brałem udział w koncercie, czyli śpiewałem i skakałem (oczywiście w miare możliwości) Wrathchild – publika zareagowała bardzo radośnie na tą piosenke, bo prawdopodobnie mało kto się jej spodziewał. Can I play with Madness – jak zawsze pojawiła się tapeta przedstawiająca Eddiego z tego właśnie singla. Janick wtedy zaczął machać kablem od gitary przez chwile, aby utworzyć fale, która to dotarła za scene i dać znać technicznym, że coś nie działa. Zaraz jednak usterka została usunięta. The Trooper – bieganie z flagami, standardowe wykonanie. Fanklub Sanktuarium zaplanował akcje, która miała na celu skandowanie hasła „Maiden [klap klap klap] Maiden” przez jak najdłuższy czas po tej właśnie piosence, kiedy to Bruce ma zaplanowane przemówienie. Były rozdawane w tym celu ulotki (m in. ja miałem) rozwieszane plakaty. Chodziło o to, żeby nie dopuścić Bruce’a do głosu nawet, jeżeli próbowałby coś powiedzieć. Niestety akcja się nie udała, chociaż wiele osób było w nią zaangażowanych. Większość publiczności nie wiedziała, o co chodzi. Były nawet takie przypadki, że jedni uciszali drugich. Nie ma jednak się po co załamywać – spróbujemy następnym razem! Bruce i pozostali mimo to i tak byli zaskoczeni, bo fani wykazali naprawde ogromny entuzjazm i zaangażowanie w koncert. Nie mogło wtedy zabraknąć przemówienia. Nie pamiętam niestety, co Bruce mówił dokładnie, ale była to jak zwykle zapowiedź nowego albumu zakończona słowami „Welcome to the world of Dance of Death”. I zaczął się tytułowy kawałek – Dance of Death. Utwór zagrany z pasją i wielką dokładnością. Elementy choreograficzne nie uległy zmianie, czyli było bieganie po skrzydłach sceny w masce i pelerynie, a potem taniec śmierci w płaszczu na środku. Potem tapeta zjechała na bok i z czarnym tłem zagrany został Rainmaker. Ta piosenka jest rewelacyjna na koncert, dlatego też nie mogło jej zabraknąć w secie. Potem nastąpił Brave New World, a zaraz po nim Paschendale. Większości fanów ten kawałek wraz ze scenografią podobał się najbardziej. Nie ma się co dziwić, przecież jest bardzo klimatyczny, a do tego sama piosenka jest najlepsza na nowej płycie. Bruce biegał w hełmie i płaszczu żołnierskim i co jakiś czas nabijał się na drut kolczasty. Był puszczany dym i scena stała się polem bitwy. Przyszedł czas na Lord of The Flies – znowu zaskoczenie. Czas Blaze’a to bardzo dobry i odmienny, wprowadzający dużo świeżości w twórczości okres. Nie rozumiem tych, którzy uważają go za porażke. Te piosenki brzmią przecież świetnie! No More Lies – w ciągu kilka minut trwania tego utworu wydarzyło się naprawdę wiele w Hali Ludowej. Na początku Bruce zaczął wołać Scream for Me Poland. Wszyscy Wszyscy pewnością myśleli, że będzie wołał Wrocław, jak to ma w zwyczaju, a jednak nie. I dobrze się stało, bo w rzeczywistości wydaje mi się, że Wrocławianie na tym koncercie stanowili zaledwie kilka promili. Potem jakiemuś szczęśliwcowi, który przybył, podawany przez publiczność wbiec na scene! Pobiegał sobie chłopak obok Dave’a i Adriana, ale zaraz został dogoniony przez ochroniarza i od razu sprowadzony na dół. Nie widziałem, żeby mu za to jakąś krzywdę robili. Potem Bruce zaczął się wspinać na rusztowanie z lewej strony sceny (patrząc od publiczności). Wszedł mniej więcej na wysokość piątego piętra i zaczął machać ręką, aby zachęcić wszystkich do zabawy. Nikt oczywiście nie zignorował tego gestu. Podczas „wycieczki” Bruce’a mikrofon został na dole, aby łatwiej było mu się wspinać. Na pewno wiedział dokładnie, kiedy musi zejść aby zdążyć zaśpiewać kolejną zwrotkę. Ale nagle jakiś fan przedarł się przez ochrone i zaczął się wspinać do Bruce’a. Natychmiast ruszyli za nim dwaj ochroniarze. Bruce niezwykle zainteresowany, a także na pewno zestresowany całym zdarzeniem usiadł na górze i zaczął wymachiwać nogami, cały czas spoglądając na zdarzenie. Niestety ochrona zareagowała w sposób brutalny. Najpierw odcięli wspomnianemu fanowi droge, a kiedy bez żadnych problemów zaczął schodzić na dół zaczęli go bić! Na szczęście nie spadł. Do zdarzenia z pewnością by nie doszło gdyby Bruce miał mikrofon. Wystarczyłoby jedno zdanie, aby całemu zdarzeniu. Skończyło się ominięciem jednej zwrotki, a mogło się skończyć szpitalem dla fana i w gazetach pisaliby o szkodliwości Iron Maiden. Warto wspomnieć, że Janick jeszcze podczas No More Lies Pokazywał wydłużający się nos pinokia, co jest typowe, bo często wykonuje on śmieszne gesty. Nastała pora na Hallowed Be Ty Name. Nie trzeba tego opisywać, bo wiadomo, że wyszło genialnie. Publiczność odśpiewała refren tak, że ściany się trzęsły. Krótka chwila przerwy, Bruce na środku sceny, wszędzie ciemność, punktowy reflektor skierowany właśnie na niego i słowa – Fear of The Dark. I znowu żałuję, że nie było jakiegoś chodxby malutkiego interka. Ale nic to, bo wykonanie powalało. Publiczność niesamowicie dawała czadu, tak jak i zespół. Ja też się nie oszczędzałem, chociaż byłem już na skraju wyczerpania. Iron Maiden – piosenka jak zawsze zamykająca koncert. Kilka razy można było słyszeć Scream for Me Poland. Wtedy właśnie chyba poleciało kilka flag Polskich. Jedną z nich Bruce złapał i próbował rozwinąć najszybciej, jednak musiał śpiewać dalej, dlatego ją odrzucił, ale nie z pogardą. Wielu niepotrzebnie odbiera to jako pogardliwe nastawienie Bruce’a do flagi i naszego Narodu. Wystarczy przypomnieć sobie jego wymachiwanie Union Jackiem podczas Troopera. Przecież on tą flage potem rzuca za scene nawet nie patrząc jak upadnie. Czy to znaczy, że pogardza też swoją flagą?! Pojawił się naturalnie pod koniec ogromy Eddie z tyłu wskazujący palcem. Potem wszyscy wyszli na środek, razem z Niskiem, który to rzucił jedną pałke tak daleko, że podobno doleciała na sektory. Za chwile zeszli. W tym czasie w Hali było naprawdę głośno, wszyscy krzyczeli „Maiden, Maiden”. W tym czasie przy zgaszonych światłach techniczni ustawiali krzesła dla Janicka, Adriana i Dave’a, bo przyszła kolej na piosenke na gitary akustyczne – Journeyman. Bruce pojawił się jak zawsze z ręcznikiem na szyi i herbatką. Powiedział, że ta piosenka jest o podróży, którą odbywamy. Powiedział też – „We will come back to Poland” co wywołało głośne owacje. No i zaczęli grać. Potem szybko usunięto krzesła i usłyszeliśmy „Woe to you on earth and see…” Jestem przekonany, że nie było osoba, która by nie wiedziała, że to Numer of The Beast. Tutaj jak zwykle pojawił się Eddie, ale nie poszedł nawet na prawą strone sceny, tylko przywitał się z Dave’em i podroczył troszke z Janickiem i poszedł. Potem tapeta zmieniła się na tą końcową czyli Run To The Hills. Zmotywowałem się wtedy i postanowiłem dać z siebie wszystko, bo wiedziłem, że to ostatnia piosenka, którą widzę na żywo przed nie wiadomo jak długą przerwą. I udało mi się. Wywrzeszczałem każde zdanie. Na koniec znowu wyszli się pożegnać i to już tym razem naprawdę był koniec. Kiedy wyszli światła się zapaliły a z głośników poleciało Always look on a bright side of life. Potem poszedłem do szatni, gdzie po około 20 minutach pchania się wydobyłem swoje rzeczy. (podziękowania dla organizatorów) Potem udałem się na zlot fanklubu Sanktuarium, który odbył się w jednym z Wrocławskich pubów, gdzie poznałem niesamowitych ludzi (pozdr Rogaś, Wrath, Simon, Mayer, Zmudix, Młody, Adik).